Sekretne życie matki

Bardzo nieudana próba ucieczki

Ze snu wyrywa mnie uderzenie otwartą dłonią w twarz. Wzdrygam się. Rozbieganym wzrokiem ogarniam ciemność, próbując zorientować się, gdzie jestem. Staram się być gotowa na kolejny atak. Oprawca chwyta mnie za włosy i znowu wymierza cios. Tym razem pięścią. Tym razem w nos. Jakby za mgłą majaczy niepozornych rozmiarów sylwetka, bujająca się to w prawo, to w lewo. Chwilami sprężynuje złowieszczo, jakby chciała odbić się od podłoża i rzucić się na mnie niczym zawodnik sumo. Rozpoznaję ją.  O tej porze to musi być ONA. ONA lubi czaić się na mnie w ciemności. 

 

Czuję ból i strach. Łzy napływają do oczu. Mam ochotę krzyczeć, ale przypominają mi się wszystkie obejrzane thrillery i wiem, że nie powinnam, bo to może tylko rozwścieczyć złoczyńcę. Poza tym zrozumiałam już, że i tak nikt mi nie pomoże. Jestem tutaj sama a ONA nie – jej wspólnik śpi teraz za ścianą. Co jakiś czas dają sobie sygnały dźwiękowe i dyżurują przy mnie na zmianę, ale ich wyrachowanie powoduje, że często wolą odmówić sobie snu, tylko po to, żeby móc pastwić się nade mną jednocześnie.

Przetrzymują mnie tutaj od 6 lat. Na początku ten wyższy działał w pojedynkę, ale po jakimś czasie (kiedy już nawet zaczęliśmy się zaprzyjaźniać i trzymał dyscyplinę tylko za dnia a nocą odpuszczał) przygruchał sobie wspólniczkę. Wtedy tak naprawdę się zaczęło…

Ona nie zna litości.

 

Nie kłamią ci, którzy twierdzą, że to kobiety są najbardziej okrutne dla innych kobiet! Jej ulubione tortury to takie, które wyczerpują mnie fizycznie – każe mi siebie nosić a nawet podrzucać. Kiedy czymś podpadnę, dodaje mi kolejne zadania, które muszę wykonać z obciążeniem na rękach. Kiedy jest naprawdę źle, ucieka się do metod rodem z tajnych więzień CIA – próbuje złamać mnie długotrwałym dźwiękiem o bardzo wysokiej częstotliwości. Jestem słaba. Nie mam siły. Prawie zawsze wygrywa.

On znika na kilka godzin w ciągu dnia.

 

Kiedy wraca, nigdy nie wiem, w jakim będzie nastroju . Jeżeli humor mu dopisuje, jest dla mnie dobry – zjada to, co kazał mi wcześniej przygotować, tworzy arcydzieła, które mam zaszczyt podziwiać a czasem nawet pozwala mi zerknąć na telewizor, jeśli akurat grają mojego ulubionego „Żółwika Sammy’ego”.

Najbardziej lubię, kiedy ten tandem trawi jakiś wewnętrzny konflikt. Wrzeszczą na siebie nawzajem , rwą włosy z głów, naruszają nietykalność cielesną, używając przedziwnych narzędzi. Wtedy ja, nie bacząc na odgłosy wojny, opadam na kanapę i znajduje chwilę wytchnienia. Lub coś do jedzenia. Kiedyś, wykorzystując taką chwilę nieuwagi moich oprawców, nadałam sygnał telefoniczny, licząc że ktoś mnie usłyszy.

Udało się! Po kilku dniach, niczym cały oddział antyterrorystów, przybyła z odsieczą moja Mama.

 

Padłyśmy sobie w ramiona. Rodzicielka, nie tracąc cennych minut, od razu przystąpiła do ofensywy, zabarykadowała się w zamkniętym pomieszczeniu z Porywaczami a ja w tym czasie rzuciłam się na przemyconą w szarej torbie dostawę żywności. Wyjadałam bigos i kiszone ogórki prosto ze słoików. W końcu nie codziennie zdarza mi się najeść się do syta! Mama, bojowniczka o moją wolność, oceniła możliwości przetrwania bez wsparcia i kazała mi uciekać. Jak najszybciej wyjść i biec przed siebie.

Rzuciłam się do ucieczki. Wkrótce dotarłam na przystanek i wskoczyłam do pierwszego autobusu, który nadjechał. Los mi sprzyjał, bo okazało się że autobus zatrzymuje się przy galerii handlowej.

Wejść, wmieszać się w tłum, funkcjonować jak wolny człowiek – to był mój cel.

 

Na początku czułam się nieswojo i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, ale po chwili moim oczom, niczym drogowskaz, niczym znak z nieba, ukazał się napis „SALE” w całej okazałości. Weszłam. Zakręciło mi się w głowie. Spędziłam w sklepie pół godziny, po czym kupiłam elegancką sukienkę przecenioną o 30%, której pewnie nigdy nie założę. To nic, przecież ten element garderoby nie musiał pełnić funkcji użytkowej, miał być symbolem mojej wolności.

Po zakupach poczułam się swobodnie i zaczęłam obmyślać plan na resztę mojego nowego życia – może ciepła kawa, może ciastko, którego nie będę musiała jeść w ukryciu, może po prostu spacer i niespieszna lektura na ławce w parku. Ruszyłam przed siebie, uśmiechając się do moich marzeń i wtedy… stało się najgorsze. Wyłonił się przede mną z zaskoczenia, niczym smok, który ma zamiar pożreć rycerza.

Stanął na mojej drodze i nie zamierzał ustąpić – DZIAŁ Z UBRANKAMI DLA PORYWACZY! Przepadłam…

 

Po kilkudziesięciu minutach zrezygnowana opuściłam feralne miejsce i udałam się na przystanek. Stanęłam przed dylematem: ratować resztki godności i  jechać w nieznane, jak najdalej się da czy wrócić jednak tam skąd przyszłam, skoro i tak nie umiem już funkcjonować w społeczeństwie, jak więzień po wyroku.
Rozkład jazdy nie ułatwiał decyzji – jednocześnie podjechały 2 autobusy. Jeden mógł zawieźć mnie nie wiadomo gdzie a drugi – wiadomo gdzie. Wsiadłam w ostatniej chwili. Po kilku minutach wysiadłam na przystanku, z którego rozpoczęłam swoją podróż. Straciłam jedną z niewielu szans na ucieczkę, ale mimo to czułam coś w rodzaju ulgi. Wyprostowałam się, poczęstowałam płuca świeżym smogiem i uśmiechnęłam się do swoich myśli.
Ruszyliśmy w drogę powrotną: zwinięta w niedbałą kulkę i wrzucona do torebki elegancka sukienka, zapas ubranek dla Porywaczy na dwa najbliższe sezony, ja i mój syndrom sztokholmski…;-)
Jeżeli lubisz, udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *