Co mi w duszy gra

Bo chodzi o to, żeby dobrze oszacować kaliber spraw

Pobyt w szpitalu zawsze uczy pokory. Pobyt w szpitalu dziecięcym  uczy pokory, zwala z nóg, rozbija cię na kawałki, wyzwala niezgodę, rodzi dziesiątki pytań bez odpowiedzi, rozdziera Ci serce. Jeżeli jesteś matką, wypełnia je także strachem, który w swojej perfidii siada na ramieniu, kiedy spokój wieczora kołysze Cię do snu. Innym razem przycupnie obok, na ławce, kiedy obserwujesz śmiejące się dzieci. W takie dni zostaje z Tobą na długie godziny i rozsadza głowę. Rzuca się do gardła, przyspiesza tętno, wciska kamień do żołądka.

 

Byłam z Dominikiem na ostatniej już kontroli kardiologicznej. Czekanie na wejście do gabinetu dłużyło się niemiłosiernie. Wszystko ciągnie się, czasami godzinami, bo lekarze dyżurują jednocześnie w poradniach i na oddziałach, gdzie są wzywani w razie potrzeby.

W końcu my. Podczas badania, do gabinetu weszła pielęgniarka z oddziału i przekazywała lekarzowi dokumentację kilkorga dzieci. Głosem pozbawionym emocji, ale nie szacunku i pokory informowała kolejno: chłopiec, 13 lat, podejrzenie guza mózgu… chłopiec, 6 lat, podejrzenie guza mózgu… dziewczynka, 4 lata, podejrzenie białaczki… chłopiec, 2 lata, podejrzenie… podejrzenie… podejrzenie….

Lekarz, nie odrywając się od pracy, skinął głową w kierunku biurka, gdzie pielęgniarka odłożyła karty dzieci.

No to co, chłopaku, wszystko w porządku. Możesz biegać! – uśmiechając się, zmierzwił włosy mojego syna.

 

Jakie szczęście! Jaka ulga! Możemy nigdy tu nie wracać! Ale ja czuję, że słowa pielęgniarki już we mnie są. Zasiano ziarenko, które rośnie we mnie, i rośnie. Z minuty na minutę oplata moje myśli trującym bluszczem. Lawina ruszyła.

 

Przypomniały mi się nasze pobyty w szpitalu. Chodziliśmy na badania do gabinetów wspólnych dla wszystkich oddziałów. Obowiązywały kolejki, ale przepuszczaliśmy małe przezroczyste dzieci w chusteczkach na główkach – pacjentów onkologicznych. Nie rozrabiały, nie miały siły się nudzić. Rodzice trzymali je na kolanach i uśmiechali się do nich. Obejmowali je tak, jakby ten uścisk miał ochronić je przed… tym wszystkim. Bałam się patrzeć na twarze tych rodziców. Nie miałam odwagi patrzeć im w oczy. Ta myśl, trochę dająca ulgę a  trochę nie wiedzieć czemu,  odczuwalna jak wyrzut sumienia: dziękuję, że musimy czekać w kolejce…

 

***

Zwykle powrót do równowagi zajmuje mi kilka dni. Powrót do stanu, w którym w głowie wybrzmiewa spokojne „dziękuję”. Kiedy już wszystko nie krzyczy we mnie „NIE!” –  rozdzierająco, chociaż bezgłośnie…

Wcale nie jestem za zgrywaniem twardzielki na pokaz, za tłumieniem trudnych emocji.

Silny ból głowy trzeci dzień z rzędu.

Deadline w pracy.

Niemowlę, które ma kolki całymi nocami.

Przeciążenie obowiązkami.

Problemy z dziećmi.

Uciążliwe dolegliwości.

Kłótnia z mężem.

Permanentne niewyspanie.

Arogancki szef.

Zły dzień, zły tydzień, zły miesiąc.

 

Nie jest łatwo to znieść. Zawsze irytuje mnie, kiedy ktoś sugeruje, że powiedzenie głośno o swoim bólu, złym nastroju, poproszenie o pomoc, to „użalanie się nad sobą”, „nieradzenie sobie” itp.  Nie. Po prostu jesteśmy tak skonstruowani, że zmęczenie fizyczne i psychiczne, brak snu, stres wywołują w naszych organizmach konkretne reakcje. Większość ludzi potrzebuje wypuścić napięcie na zewnątrz. A udawanie, że wcale nie boli nas głowa, nie sprawi, że zniknie problem braku wody w Afryce.

 

Ale wiecie co, pomiędzy wyrzuceniem z siebie tego, co nam ciąży a ciągłym narzekaniem i roszczeniową postawą wobec życia jest spora różnica. Trzeba gdzieś z tyłu głowy mieć myśl, że jednak są w życiu gorsze sytuacje. Znacznie gorsze. Tragiczne. Chodzi o to, aby wyważyć proporcje. Żeby umieć obiektywnie oszacować kaliber spraw. Pamiętać, że są rzeczy ważne i ważniejsze.

 

Można by skwitować to banalnym: inni mają gorzej. I jestem pewna, że rozumiecie, że nie chodzi tu o to, aby poprawiać sobie humor cudzymi problemami i tragediami, ale o to, żeby mentalnie nie utknąć w roli męczennika. Nie robić z siebie ofiary na własne życzenie. Nie pławić się w swoim nieszczęściu dłużej niż to potrzebne. Nie dokarmiać małych kłopotów ciągłą uwagą.

 

***

Złoszczę się i płaczę. Bywam sfrustrowana pewnymi rzeczami. Padam ze zmęczenia. Czasami deklaruję, że chwilowo mam wszystko w dupie. Ale zawsze przychodzi moment, że wracam myślami do wszystkich historii, których wolałabym nigdy nie usłyszeć. Do miejsc, których wolałabym nigdy nie zobaczyć. Do gabinetu, w którym byłam świadkiem bezlitosnych wyroków wydawanych przez los na tych najsłabszych, niczemu nie winnych i o nic nie oskarżonych…

I wtedy przestaję czuć się tak bardzo pokrzywdzona. Pokornieję. Zaciskam zęby i borę się w garść. Nawet trochę na siłę. I zaczynam rozumieć, że marnować swój czas, jest bardzo nie fair wobec tych, którzy nie mogą decydować o tym, co zrobią ze swoim.

 

Zacznij tam, gdzie jesteś. Użyj tego, co masz. Zrób, co możesz. (Arthur Ashe)

 

 

 

 

 

 

Jeżeli lubisz, udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *