Co mi w duszy gra

Dojrzałość jest wtedy, kiedy nie chcesz tracić czasu na coś, co cię nie zadowala

Słowa „muszę” i „powinnam” dominują w kobiecym świecie. Wciąż słyszę, jak któraś z nas mówi „nie mam wyjścia”, odbierając sobie samej prawo do pełnego, dobrego życia – w takim sensie, w jakim ona sama to rozumie, w jakim pragnie tego w głębi duszy, jak wyobraża to sobie, leżąc wieczorem w łóżku i marząc o czymś więcej. Wydaje mi się, że  jesteśmy zniewolone nie tyle przez oczekiwania wobec nas, ale przez naszą własną potrzebę ich spełniania.  Nie zawieść nikogo, być lubianą, poklepaną po ramieniu za trwanie na posterunku – to przecież takie przyjemne uczucie. Prawie tak przyjemne, jak życie w zgodzie ze sobą…

 

My. Kobiety. Dwudziesto, trzydziesto a nawet czterdziestokilkulatki marnujemy mnóstwo energii na to, aby żyć zgodnie ze scenariuszami napisanymi przez kogoś innego.

Bywa różnie, w zależności od realiów, w jakich żyjemy: czasami za wszelką cenę chcemy pokazać, że jesteśmy niezależne i kompetentne, czasami płaczemy w poduszkę, bo wydaje nam się, że nie umiemy w macierzyństwo. Odkrywamy ciała a ukrywamy wiek. Żywimy swoją (doraźną) pewność siebie tym, co odbija się w oczach innych – pożądaniem mężczyzn i zazdrością kobiet.

Podporządkowujemy się – rodzicom, mężowi, środowisku, regułom i zasadom, w które w głębi serca nie wierzymy – albo głupio buntujemy się i chcemy na siłę coś udowodnić. Udajemy, że wszystko nam wychodzi albo biczujemy się, punktując swoje słabe strony.

Nie potrafimy latami wyrosnąć z etapu „księżniczki” – roszczeniowe i rozgoryczone oczekujemy, że świat poda nam szczęście na złotej tacy, kłaniając się nisko albo nie potrafimy wyjść z roli drugoplanowej postaci wiecznie zabiegającej o czyjeś zadowolenie, która uważa, że jej codzienne zajęcia – dbanie o dom, rodzinę, formę fizyczną, własny rozwój, pracę zawodową, pielęgnowanie pasji – to coś oczywistego i niewartego uwagi.

Wiecie, co jest przygnębiające?

 

Całe rzesze kobiet żyją dokładnie tak, jak tego nie chcą.

Żyją w ciągłym poczuciu frustracji, braku pasji (rozumianej jako radość, bycie dobrym dla siebie, zagospodarowanie własnej życiowej przestrzeni na to, co się lubi), ale udają, że wcale tak nie jest.

Być może dlatego, że dawno temu zakodowano im pewne obciążające schematy myślenia, jak na przykład „niektórzy mają szczęście w życiu” (czyli nie muszę pracować, podejmować wysiłku, bo nic nie poradzę, jeśli mam w zyciu pecha). Być może dlatego, że nie potrafią same zatrzymać się w tym codziennym kołowrotku, w którym kręciły się ich matki, babki i siostry – przez większość swojego życia koncentrując się (jedynie) na tym, aby dobrze wyglądać, zyskać akceptację, żyjąc (jedynie) tym, co ich mąż robił w pracy a dzieci w szkole. Nigdy nie czytały książek, nie wyszły z koleżankami, nie zaczęły biegać, nie wyjechały z miejsca zamieszkania, nie nauczyły się czegoś nowego, bo przecież przez 10, 20 czy 50 lat „musiały” gotować obiad na 16.00, codziennie umyć podłogę na błysk, jakby od tego zależało czyjeś życie albo zająć się dziećmi, bo nikt inny lepiej nie zmienia pieluch i nie prasuje koszul przed egzaminem na studia.

 

A potem te dzieci wyfruwają z gniazda…

Ich matki tracą w jednej chwili wszystko, co miały: sens codzienności, czyli życie życiem dzieci, młodość, jędrną skórę, tematy do rozmów z mężem (albo i męża, który niestety nie pokochał ich bardziej, tylko dlatego, że jadł codziennie obiad z deserem o 16.00). Czują,  że już wszystko za nimi. Że są w wieku, kiedy o mężczyznach mówi się „doświadczony i dojrzały” a o kobietach „niewidzialna”.

W oczach tych kobiet widać starość, nawet jeśli metryka mówi coś innego. Taką wewnętrzną starość, której towarzyszy zgorzknienie, strach i samotność.

 

A przecież możemy uniknąć tego czarnego scenariusza. Wystarczy, że będziemy dla siebie dobre.

Możemy dojrzewać a nie starzeć się (mam na myśli życie wewnętrze a nie starzenie się w sensie fizjologicznym). Kiedy obserwuję dziewczyny w moim wieku, trochę starsze, ale także zadowolone z życia panie w sędziwym już wieku, to widzę, że z jednej strony chodzi o bardzo przyziemną kwestię: zajęcie się czymś! Praca, choćby dorywcza, hobby, regularna aktywność, którą wykonujemy tylko dla siebie, nawet jeżeli to spacer w towarzystwie własnych myśli po osiedlu, własne poranne lub wieczorne rytuały, wyjście do kosmetyczki lub na ploty z przyjaciółką raz na jakiś czas. Coś, co sprawia, że masz swój świat, swoją przestrzeń, swój wkład we wspólne życie rodzinne, że masz własne tematy do rozmów.

 

Zastanów się, co tak naprawdę Ciebie by odprężyło, dało radość, satysfakcję. Może okazać, że to coś, co oderwie Cię od codziennej rutyny wcale nie pochłania wiele czasu, miliona monet i nie wymaga zmiany miejsca pobytu.

 

Z drugiej strony konieczna jest także dbałość o to, co mamy tylko w głowie – szacunek do siebie, swojego zdrowia, czasu, emocji. Troska o naszą przestrzeń wewnętrzną. Czasami zbyt łatwo oddajemy ją we władanie sprawom, które musimy odhaczyć w codziennym kieracie, tak długo, jak to możliwe ignorując upływ czasu, który przecież można dobrze wykorzystać.

 

Nie starzej się, tylko dojrzewaj! Opiekuj się sobą, rozmawiaj ze sobą, obserwuj siebie, zaprzyjaźnij się ze sobą, doceń siebie, zaufaj sobie. Aż przestaniesz się bać, co ludzie powiedzą, aż wyrośniesz z kompleksów i nabierzesz do siebie dystansu. Aż odkryjesz , co jest dla ciebie naprawdę ważne i zdobędziesz się na odwagę, by żyć  stawiając to na pierwszym miejscu.

 

Zainwestuj trochę swojego czasu w świadomy rozwój i dojrzewanie, żebyś nie musiała płakać dłużej niż to konieczne, kiedy dzieci wyfruną z gniazda.

Żebyś lubiła być ze sobą, gdyby okazało się, że musisz spędzić trochę czasu sama.

Żebyś „reszty” swojego życia nie spędziła na żałowaniu tego, czego nigdy nie zrobiłaś, że byłaś czyjąś marionetką.

Żebyś z wiekiem nie posmutniała, nie kuliła się w sobie, nie zgorzkniała i nie stała się zgryźliwą staruszką (nawet majac 30 lub 40 lat), ale nabierała odwagi, świadomości i spokoju.

Zajmij się sobą, jak najszybciej, żebyś mogła pewnego dnia podpisać się pod słowami Meryl Streep:

Nie mam już cierpliwości do pewnych rzeczy, nie dlatego, że stałam się arogancka, ale po prostu dlatego, że osiągnęłam taki punkt w moim życiu, gdzie nie chcę tracić więcej czasu na to, co mnie boli lub mnie nie zadowala. Nie mam cierpliwości do cynizmu, nadmiernego krytycyzmu i wymagań każdej natury.

Straciłam wolę do zadowalania tych, którzy mnie nie lubią, do kochania tych, którzy mnie nie kochają i uśmiechania się do tych, którzy nie chcą uśmiechnąć się do mnie. Już nie spędzę ani minuty na tych, którzy chcą manipulować. Postanowiłam już nie współistnieć z udawaniem, hipokryzją, nieuczciwością i bałwochwalstwem. Nie toleruję selektywnej erudycji, ani arogancji akademickiej.

Nie pasuję do plotkowania. Nienawidzę konfliktów i porównań. Wierzę w świat przeciwieństw i dlatego unikam ludzi o sztywnych i nieelastycznych osobowościach. W przyjaźni nie lubię braku lojalności i zdrady. Nie rozumiem także tych, którzy nie wiedzą jak chwalić lub choćby dać słowo zachęty. Mam trudności z zaakceptowaniem tych, którzy nie lubią zwierząt. A na domiar wszystkiego nie mam cierpliwości do wszystkich, którzy nie zasługują na moją cierpliwość.“

 

 

 

Jeżeli lubisz, udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *