Sekretne życie matki

Dlaczego, mamo…?

Nie od dzisiaj wiadomo, że matka bywa zmęczona. Nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że czasem z tego zmęczenia coś jej się pomyli, zrobi jakąś głupotę albo… albo coś przeoczy.

Była zima. Był mróz. Byłam ciężarną matką czterolatka.

Tego ranka spieszyłam się na badania kontrolne. W domu panowała nieco nerwowa atmosfera. Moje hormony, ciążowe zmęczenie, brak kawy i śniadania przed badaniami a także wycie mojego syna odmawiającego wyjścia do przedszkola i kurczący się zapas czasu, potencjalnie stanowiły mieszankę wybuchową.

Postanowiłam jednak nie wybuchnąć! Trochę samorozwojowo – żeby udowodnić światu zewnętrznemu, że to ja decyduję o moich emocjach a nie on. Bardziej samozachowawczo –  w głębi duszy wiedziałam, że kiedy ja będę się wściekać, to niezrozumiany Młody zacznie wyć jeszcze głośniej, całkowicie odmówi współpracy, uspokoi się za ok. 40 minut, w ciągu których uciekną mi dwa autobusy, spóźnię się na wizytę i wtedy dopiero będę wkur…tzn. dam ponieść się emocjom.

Nie mogłam dopuścić do  realizacji tego czarnego scenariusza, więc wydobywając z głębokości resztki cierpliwości, pochyliłam się nad cierpieniem mojego syna i zaczęłam rytualne wywody w stylu: będą koledzy… będzie świetna zabawa… będą twoje ulubione zajęcia sportowe… będzie ciocia Asia… będzie spagetti na obiad… będę ja –  po podwieczorku…. no i w ogóle – wszystko będzie.

Kiedy zauważyłam, że wabiony wizją zjedzenia spagetti Dominik traci czujność, zaczęłam zaopatrywać go w kolejne części garderoby. Było naprawdę zimno a ja miałam już spory brzuch, więc zanim „wspólnie” ubraliśmy chłopaka we wszystkie termoaktywne kalesonki, spodnie, bluzy, czapki, szaliki, kurtki i rękawiczki byłam już tak zmęczona, że marzyłam, aby ten dzień się skończył.

Żeby Młody się nie rozmyślił, szybko wypchnęłam go za drzwi, prosząc przymilnie, aby przywołał windę a sama jak rasowa sprinterka (jak rasowa sprinterka w zaawansowanej ciąży) rzuciłam się na swoją kurtkę, buty, wyniki poprzednich badań, klucze i wszystko inne, co musiałam ze sobą zabrać.

Kiedy w pośpiechu zatrzasnęłam drzwi i przekręciłam klucz, byłam już spocona i bliska omdlenia, ale i – nie powiem – na swój sposób podekscytowana. Jeszcze tylko przełajowy bieg do przedszkola, „rozbiór” w szatni, galop na przystanek i… była szansa, że zdążę na autobus! Warto walczyć!

Przekręcam więc rzeczony klucz, odwracam się, żeby ruszyć w stronę windy i nagle widzę twarz mojego dziecka opatulonego jak bałwanek, na której maluje się niepewność i dezorientacja.
– NO – CO – ZNOWU? –  pytam na tyle łagodnie, na ile stać mnie w tym momencie.
Mały posłał mi jeszcze jedno zaniepokojone spojrzenie i wymownie spojrzał na swoje stopy.

– Mamo, ale dlaczego dzisiaj bez bucików?

Jeżeli lubisz, udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *