Co mi w duszy gra

Łudzę się, że to wszystko ma sens

Znamy się od niedawna. Kiedy rozmawiamy, mimowolnie kreślę portret psychologiczny w myślach: gaduła, pełna energii, nieco zbyt „głośna”, ale sympatyczna, życzliwie nastawiona do świata, chyba czuje się szczęśliwa. Obie mamy dzieci – ona dwójkę i ja też – więc nie ma niezręcznej ciszy. Wyjmuje z portfela małe zdjęcie. Pokazuje mi je jak relikwię, na dłoni złożonej w łódeczkę – blond loczki, błękitne oczy, zawadiacki uśmiech, dołeczki w policzkach. Jest tak słodki, że dopiero wpatrując się chwilę, nabieram pewności, że to chłopiec.

– Przepiękny! – zachwycam się – Starszy czy młodszy?

Nie odrywając wzroku od fotografii, mówi mi, że ten jest trzeci, że wypadek, że aniołek, że i tak zawsze jest z nią, nie tylko w portfelu… Jej oczy zachodzą mgłą, ale na ustach ciągle błąka się uśmiech. Jakby próbowała więzić cały swój ból w środku. Jakby nie chciała uronić z niego ani kropelki i dzielić się tym, co najbardziej intymne. Jakby czuła, że ktoś kto tego nie przeżył, nie zrozumie.

 

I ma rację  – nie rozumiem, jak cholera! Wracam do domu, pchając wózek wypełniony 10 kilogramami rozbuchanego życia. Roztrzęsiona, oszołomiona, trochę się boję, trochę jestem wściekła. Miotam się i buntuję. Szukam w tym sensu na siłę.

 

I zaczyna się. Już nie tylko tę sytuację, ale całe życie, cały świat próbuję w głowie ogarnąć. Ronię łzę. Trochę z bezsilności a trochę z wdzięczności. Bezgłośnie poruszam ustami: dziękuję. Niby te dni takie same, takie monotonne, aż nudne a jednak są. Dobrze, że mogę nudzić się we własnym domu a nie na szpitalnym łóżku. Że wieczorem mogę udawać, że nie jestem zmęczona i grać w Grzybobranie a nie myśleć czy jutro rano będę miała czym nakarmić małego Grzybiarza. Że mogę złościć się na Starego, bo wiesza bluzę i kurtkę na krześle, choć tego nie cierpię – że w jednym kawałku wrócił dziś do domu z pracy w tej bluzie a ja wróciłam ze spaceru. Że moje dzieci wrzeszczą, że nie stało się nagle zimno i cicho. Że płaczą, bo wiedzą, że jak płaczą, to ja w końcu przyjdę.  Że mogę zadzwonić do Dziadka i zapytać „Co słychać”, chociaż nigdy nie słyszę odpowiedzi innej niż „nic” . Że jest jeszcze ten nasz mały konwersacyjny rytuał. Nie chcę nigdy  usłyszeć sygnału połączenia, którego nikt nie przerwie. Tak bardzo się tego boję. Jak mała dziewczynka.

Próbuję usunąć z głowy niewygodne myśli, ale zagnieździły się i trwają. Wwiercają się w mózg, walą pięścią w serce, ściskają żołądek.

 

A ja wiem, że powinnam nieodwracalność spraw akceptować, bo akceptować jest łatwiej niż walczyć. I staram się być z życiem pogodzona ze wszystkich sił. Żeby tylko się nie bać.

 

Tak sobie czasem myślę, że to co nas spotyka, co nazywamy „dramatem”, „tragedią”, „takim nieszczęściem”, to przecież nic wyjątkowego – po prostu takie jest życie, że jednemu przypada w udziale dramat, innemu tragedia a trzeciego dotyka „takie nieszczęście”. Kiedy jesteśmy zdrowi i najedzeni to takie błahe i przyziemne. Wręcz nie wypada mówić, że wszystko dobrze. Choroba, pożar, wypadek, śmierć – o tym dopiero warto gadać! To dopiero coś! A przecież tacy jesteśmy w tym zwyczajni. Tacy niewyjątkowi. Każdy z jakiegoś powodu cierpi. Wiem to a mimo wszystko podszyta jestem lękiem.

 

***

Wydaje mi się czasami , że jednak rosnę w siłę, że ten lęk oswajam, że oszukuję przeznaczenie i czas wyciskam jak cytrynę. Mówię sobie, że nic już nie będzie BYLE JAKIE – ani jedzenie, ani książka, ani ja. Że kiedy jak nie teraz, że jak paznokcie, to tylko czerwone a jak zabawa to tylko co białego rana. Że jak czas z dziećmi to koniecznie jakościowy a jak bluzka to tylko z najlepszej bawełny.  Że jak badanie to u najlepszego specjalisty a jak samorozwój, to w pełnym skupieniu, bez rozpraszaczy. Że jak marzenia, to tylko spełnione a jak przyjaciele, to tylko niezawodni.

 

I tylko gdzieś tam słyszę szepty z szafy, żeby się tak nie cieszyć, żeby losu nie kusić tym, że jest mi za dobrze…

 

A potem znów przychodzi dzień, kiedy myślę sobie, że może jednak starać się aż tak – nie warto. Że w bluzce z bawełny czy w poliestrowej czeka mnie to samo. Że specjalista, nawet najlepszy, przeznaczenia nie oszuka a w pełnym skupieniu, bez rozpraszaczy  i tak nie usłyszę, że do drzwi podchodzi „takie nieszczęście”. Jednak lepiej chyba odpuścić i jak przyjdzie ochota, to i najgłupszy film obejrzeć z paczką najgorszych chipsów, bo nasze marne starania i tak nie zmienią dawno napisanego scenariusza a co najwyżej rozbawią reżysera.

I taka jestem zawieszona pomiędzy warto a nie warto, pomiędzy wiarą w sprawczość a bezsilnością, pomiędzy lękiem a wdzięcznością, pomiędzy buntem a akceptacją. I staram się codziennie wybierać to, co najlepsze – raz prawdę, raz iluzję, raz ciepły koc a raz wielką sprawę. Wszystko to robię i łudzę się, że ma sens. Żeby tylko się nie bać. Żeby tylko się nie bać…

 

 

 

Jeżeli lubisz, udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *