Co mi w duszy gra

Niewystarczająco dobra matka

Wiesz, tak sobie myślę, że dobrze byłoby móc stwierdzić z nonszalancją: mam ten luz, który pozwala mi niczym się nie przejmować, nie myślę o przyszłości, nie mam wątpliwości, co do moich metod. Jednak w mojej głowie, gdzieś z tyłu, na co dzień uśpiona, mieszka Niewystarczająco Dobra Matka.

 

Już na początku znajomości zawarłyśmy niepisaną umowę: nie dręczy mnie codziennie. Nie chodzi z nami na palce zabaw, na plażę i do parku, żeby zatruwać serce jadem wątpliwości. Ma zakaz kolaboracji z koleżką Strachem i mówienia o nogach złamanych na zjeżdżalni,  uprowadzeniach z placu zabaw i zachłyśnięciach wodą w basenie, jeśli matka nie dopilnuje…

Muszę oddać jej sprawiedliwość, że stara się przestrzegać zasad. Im dłużej się znamy, tym pełniejsza jest nasza symbioza i mniej podskórnych wyrzutów sumienia w mojej codzienności.

Nie daj się jednak zwieść. Nie zostaniemy przyjaciółkami. Zbyt dobrze ją znam, żeby jej zaufać. Niby drzemie zupełnie mną niezainteresowana, ale tak naprawdę usypia moją czujność.

 

Zazwyczaj czeka na gorszy dzień, chwilę słabości, na moment, kiedy głos pani z telewizji  albo okrutny, oceniający, bezmyślny komentarz w Internecie mrozi mi krew w żyłach – „to o mnie te słowa… przecież i ja tak nieudolnie, źle, niewystarczająco…. Ja – niedobra matka”.

 

Żyje własnym życiem. Działa bez schematu. Raz zasiewa ziarenko, które rośnie we mnie, i rośnie. Z minuty na minutę oplata moje myśli trującym bluszczem. Zostaje na długie godziny i rozsadza głowę. Kiedy indziej, znienacka rzuca mi się do gardła, przyspiesza tętno, wciska kamień do żołądka. Wtedy już nie mam szans. Nie ucieknę myślami na spokojną łąkę. Nie zagadam jej i nie zwiodę.

Najczęściej jednak, w swojej perfidii, siada mi na ramieniu, kiedy spokój wieczora kołysze mnie do snu. I wtedy, kiedy nocą leżę już w łóżku, czuję się jak oszustka.

Taka miałam być dobra. Najlepsza właściwie.

Taka cierpliwa. Empatyczna. Zawsze wyrozumiała.

Stawać na wysokości zadania – być dietetykiem, organizatorką eventów, psychologiem, pielęgniarką, animatorką zabaw, nauczycielką, mamą domową, mamą pracującą, koleżanką z pracy, żoną „taką jak przed ślubem”, przyjaciółką, która nadal ma czas, kreatywnym pracownikiem, co ze wszystkim się wyrabia, miałam „nie zgłupieć” w domu.

Miałam czytać każdą etykietę. To, co niezdrowe, palić na stosie.

Nie przyzwyczajać  – do smoczków, zasypiania z butelką, wyjmowania z łóżeczka w środku nocy.

Taka miałam być konsekwentna i biegła w pozytywnej dyscyplinie – nigdy nie szantażować, nigdy nie stosować przekupstwa, być oazą spokoju i nigdy nie krzyczeć.

Miałam kroczyć przez codzienność z uśmiechem. Nigdy nie żałować „dawnego życia”. Nie bluźnić słowem narzekającym ani nawet myślą.

Taka miałam być pewna siebie i swoich decyzji. Nigdy nie panikować. Trzeźwo oceniać sytuację.

Nie zastanawiać się na zapas, jak uchronić ich przed nieszczęściami, niebezpieczeństwem, niepewnością świata. Jak oszczędzić im każdej łzy, bólu, strachu.

Miałam nie układać w głowie czarnych scenariuszy – nie martwić  się, że przeoczę oczywiste symptomy – choroby, problemu, wołania o pomoc. Że coś stanie się przeze mnie, kiedy odwrócę wzrok w innym kierunku na kilka sekund. O 2 sekundy za długo… Nie kalkulować czy to już ten moment, czy nie za wcześnie, czy nie za późno… Czy ich niechcący nie krzywdzę.

Miałam po prostu przyjąć do wiadomości, że „takie jest życie” a nie drżeć na myśl, że nie zdążę im czegoś ważnego wyjaśnić, życia wytłumaczyć, zanim popełnią własne błędy. Zanim będą przez to płakać w poduszkę.

Miałam nigdy nie być zmęczona, zawsze mieć czas, dużo entuzjazmu i dobre pomysły.

Miałam znać wszystkie rozwiązania, zawsze czuć, co będzie dobre, prostować wszystko, trzymać pewnie emocjonalny ster. Zapobiegać łzom. A czasami jedyne, co mam do zaoferowania, to szeroko otwarte ramiona, bo nie mam rady, nie znam odpowiedzi, nie umiem znaleźć sposobu…

 

Czasami, Kiedy leżę już w łóżku, czuję się jak oszustka. Chciałabym być idealna. Nie jestem. Niewystarczająco Dobra Matka w mojej głowie mówi mi, że za mało się staram, za bardzo sobie pobłażam, że kochać ich – to za mało.

 

***

Rąbkiem rękawa ocieram samotną łzę wędrującą niespiesznie po policzku. Zapalam małą lampkę, jak światełko w tunelu. Wstaję i idę. Zakradam się w okolice małych łóżek. Poprawiam kołderki i kładę ulubione maskotki w ramionach, żeby nie myśleli, że zniknęły, jeśli się obudzą.

Potem stoję. I patrzę. Słucham muzyki miarowych oddechów. Uśmiecham się na rysujący się w ciemnościach widok.

Czasami zwykły moment zapiera mi dech w piersiach, bo wiem, że patrząc na Nich, patrzę na Cud.

 

Stoję, patrzę i czuję, jak się wzruszam. Robi mi się ciepło w środku i oczy mi się pocą. Tęsknię za Wami, gdy śpicie…. No jak głupia jakaś! A może właśnie jak dobra mama… po prostu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeżeli lubisz, udostępnij

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *