Co mi w duszy gra

Dlaczego Twoje dziecko Cię denerwuje

Wiecie, moje dzieci czasami mnie denerwują. Nie tym, że płaczą, histeryzują czy wyrywają sobie zabawki – nie chodzi mi w tej chwili o dziecięce „przypadłości”. Bywa, że jestem poirytowana ich „małymi – wielkimi” wyborami i decyzjami,  dalekimi od tych, których ja bym dokonała. Denerwują mnie niektóre z ich cech charakteru, nawyków. Kiedy się nad tym zastanawiam, to zazwyczaj po chwili przychodzi refleksja: Kaśka, czy tak naprawdę nie wkurza cię fakt, że oni zachowują się inaczej, niż ty chciałabyś w danej sytuacji? Że są… sobą a nie tobą? I wiecie co? Kiedy szczerze odpowiadam na te pytania (a jest trudno jak cholera przyznać się do tego), często odkrywam, że to właśnie jest prawdziwy powód mojej frustracji.

 

Oczekiwania

Nie jest łatwo pozbyć się oczekiwań a pozbyć się oczekiwań względem własnych dzieci jest bardzo trudno. To naturalne i nie ma w tym nic złego, że jeszcze zanim dzidziuś pojawi się na świecie, wyobrażamy sobie, że będzie „jakiś”, ciekawi nas czy w przyszłości polubi to co my,  zastanawiamy się nawet, kim zostanie, gdy dorośnie. Nie bylibyśmy rodzicami, gdybyśmy od czasu do czasu przy wieczornej herbacie nie zaplanowali życia naszym pociechom 😉

Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy wierzyć, że możemy o tych „planach” informować dziecko a nawet mamy obowiązek wcielić te wizje w życie. Nie lepiej jest, kiedy dochodzimy do wniosku,  że mamy dziecko po to, żeby w końcu spełniło nasze zakurzone marzenia czy, będąc ideałem, sprawiło, że poczujemy się lepsi (skoro mamy najlepsze dziecko, to sami też musimy być warci więcej, niż nam się wcześniej wydawało albo niż mówili nam nasi rodzice).

Proponowanie dziecku rzeczy, które to my uważamy za wartościowe, samo w sobie nie jest złe. To normalne, że pokazując malcowi świat, podpowiadając możliwości, kierujemy się głównie własnymi preferencjami – to co przez nas sprawdzone i zaaprobowane albo co postrzegamy jako właściwe, wydaje nam się dobre dla małego człowieka.

 

Kluczem jest tutaj umiejętność wycofania się w odpowiednim momencie i pogodzenia się z tym, że dziecko ma zupełnie odmienne zainteresowania, inny temperament, różni się od nas wrażliwością, preferencjami.

 

Uwierzcie mi, wiem co mówię. Żeby nie być gołosłowną podzielę się z Wami historią z czasów, zanim okazało się, że Dominik jest zapalonym sportowcem.

Kiedy padła propozycja, żeby zapisać Młodego na jakieś zajęcia, od razu pomyślałam o czymś związanym z muzyką. Najlepiej klasyczną, bo przecież stymuluje i budzi w człowieku ukrytego geniusza😉 Przecież zawsze wyobrażałam sobie, że kiedy urodzę dziecko, to będę wspomagać jego rozwój, stymulując go m.in. kompozycjami Bacha, Straussa i Mozarta – wszystkie czasopisma dla przyszłych matek to sugerują!

Jak pomyślałam, tak zrobiłam i już kilka dni później trafiliśmy na zajęcia z muzyki rozwijającej czy muzycznego rozwoju,  jakoś tak… w każdym razie zajęcia, które miały odmienić nasze życie;-) Przydzielono nas do dziesięcioosobowej grupy.

Pierwsze spotkanie: prowadząca gra, wygwizduje i wyśpiewuje, rozdaje instrumenty. W tle muzyka klasyczna. Dziewięcioro młodocianych uczestników zajęć podskakuje, pląsa, wyje razem z panią Klarą, próbuje wystukiwać rytm na bębenkach. Dziesiąte dziecko siedzi tyłem do grupy, uderza się marakasami w głowę i ryczy ze śmiechu. Hmmm…. Jeżeli myślał, że tak łatwo się poddam, to się mylił. Postanowiłam, że wrócimy tu za tydzień i dopilnuję, żeby nie dostał marakasów!

Na kolejnych zajęciach rzeczywiście marakasy nie wpadły mu w ręce, za to w oko wpadła mu słomianka, którą zabezpieczony był grzejnik. Bach i Mozart swoje a Dominik swoje – bite pół godziny dłubał w słomiance a kolejne 15 minut próbował odebrać koledze marakasy.  Zaczęłam podejrzewać, że to mogą nie być zajęcia dla nas, ale jak to mówią: do trzech razy sztuka. Dałam nam a raczej zajęciom ostatnią szansę. W końcu niektóre dzieci potrzebują więcej czasu na „rozruch”.

Nie będę dłużej trzymać Was w niepewności i zdradzę od razu, że trzecie i ostatnie zajęcia także spędziliśmy przy słomiance. Przełknęłam tę gorzką pigułkę i zwinęliśmy się z rozwijającej muzyki.  Swoją drogą za jakiś czas okazało się, że Dominik uwielbia muzykę i ma poczucie rytmu, po prostu celuje w inne gatunki, o wiele bardziej… rozrywkowe😉

Kilka miesięcy i kilka prób w teatrzyku przedszkolnym później zrozumieliśmy, że najprostsze rozwiązania bywają najlepsze. Dominik, jako dziecko ponadprzeciętnie ruchliwe, kocha sport i tę miłość od razu dało się zauważyć. W tej chwili sport to  jedyne, czym zajmuje się po przedszkolu (piłka nożna i gimnastyka). Kiedy obserwuję go podczas treningu i widzę, jak świetnie się bawi, jak mocno angażuje się w zajęcia, jestem dumna i szczęśliwa. Zazwyczaj cierpliwie tłumaczę tym, którzy uważają, że są bardziej „wartościowe i przyszłościowe” dziedziny, dlaczego nie zamierzamy nakłaniać Syna do zmiany zainteresowań ani dokładać mu kolejnych punktów do planu, i tak długiego jak dla przedszkolaka, dnia.

 

Dzieci to mali ludzie

Niby to truizm, niby brzmi banalnie, ale jakże często o tym zapominamy. Czy nie jest tak, że większość dziecięcych zachowań, upodobań (nawet kulinarnych), opinii przypisujemy w 100% wpływowi rodziców, środowiska, genów. Ma to na pewno ogromy wpływ na życie każdego z nas, ale jednocześnie dziecko rodzi się rodzi się z własnym temperamentem, tendencją do pewnych upodobań. Wiele wzorców wpoimy maluchom, przekalkujemy mnóstwo naszych zachowań, nawet charakterystycznych dla nas powiedzonek, ale teraz, mając dwójkę dzieci, jestem już pewna, że nie da się „ulepić” dziecka na wybrany przez nas kształt.

 

Nie wszystko co mały człowiek sobą reprezentuje jest naszą winą lub zasługą.

 

Przyznam się Wam do tego, że, będąc na początku swojej macierzyńskiej drogi, przez długi czas myślałam, że postępowanie czy wybory Dominika, z których byłam dumna, ale również jego problemy czy niepożądane zachowania wynikały wyłącznie z naszego wpływu na niego. Żyłam w tym przekonaniu, dopóki nie pojawiła się Hania. Jakże inna od swojego brata, choć przecież wychowywana, karmiona „zaopiekowana” tak samo (wiem, wiem – tak naprawdę sytuacja każdego dziecka w rodzinie jest nieco inna, ale nie wchodzimy dzisiaj na tak wysoki poziom analizy psychologicznej😉)

W miarę upływu lat, obcując z moim synem zaczęłam rozumieć, że rodzice mają ogromny wpływ na dziecko i mogą mu na przykład pomóc wyciszyć się, ograniczyć nadmiar bodźców, aby było w stanie lepiej się koncentrować. Ale to szaleństwo wierzyć, że mamy pełny wpływ na jego temperament –  że aktywnego, nadpobudliwego ruchowo kilkulatka możemy przerobić na cichutkie, spokojne dziecko.

 

Presja

Część rodziców wydaje się jednak w to wierzyć i ulegać wszechobecnej presji. Tak, presji kulturowej. Niby mówi się nam, że dobrze jest cenić różnorodność, że ważny jest indywidualizm (bo tak wypada), ale tak naprawdę dzieci mają być dopasowane do szablonu  i kryteriów z przewodników pedagogicznych – po prostu wygodne dla otoczenia.

Takie „idealne” dzieci mają wychowywać „idealne” matki – pracujące w domu oraz zawodowo, mające w jednym paluszku psychologię rozwojową, zalecenia dietetyczne, obecne stale w życiu dziecka, ale jednocześnie świadome, zadbane, pielęgnujące swoje pasje, pełniące co najmniej kilka ról społecznych jednocześnie – każdą na 100%. Jeżeli z dzieckiem jest coś „nie tak”, to przecież wiadomo, że nie wywiązują się dobrze ze swojej roli. Można poczuć się w tym osamotnioną, zalęknioną i zaniepokojoną tym, że dziecko jest inne niż „powinno”, niż sobie to wyobrażałyśmy, że będzie.

Trudno się nie lękać, jeśli wciąż jest się straszonym – potencjalnymi zaburzeniami, tym, że jeżeli nie naszpikujesz grafiku kilkulatka zajęciami dodatkowymi, to utrudnisz mu start w przyszłość, że kilkadziesiąt procent artykułów w internecie (zarówno profesjonalnych, jak i blogowych) dotyczących psycho-fizycznego  rozwoju dzieci nosi tytuły w klimacie: „Największe zaniedbanie…”, „Największy błąd popełniany przez rodziców…”, „Rodzice nie są tego świadomi a powinni…”,„Zachowanie rodziców, które może mieć dramatyczne konsekwencje…”. No po prostu na każdym polu musimy wymiatać, bo inaczej kaplica – życie nasze i naszych dzieci legnie w gruzach😉

 

Myślę, że właśnie w tej presji, w tym ciągłym wytykaniu nam błędów, podsuwaniu coraz to nowych teorii, wskazywaniu palcem niedopasowania leży w dużej mierze przyczyna trudności w pogodzeniu się z faktem, że nasze dziecko jest inne niż wymyślony ideał.

 

Sama doświadczyłam tego (a raczej mój syn), że niestandardowość jest niewygodna i z pewnymi zachowaniami właściwymi dla danego dziecka (czyli dla danego człowieka ) dobrze by było „coś zrobić”.

Jako negatywne uwagi słyszałam na przykład, że Dominik woli bawić się z 1 dzieckiem niż z kilkorgiem albo że jest tak dokładny, że co prawda jego rysunki są dopracowane w każdym detalu, ale co z tego skoro pracuje przez to wolniej niż inne dzieci.

Na początku wzięłam to do siebie – może rzeczywiście coś jest nie tak?! Może jest aspołeczny? Może powinien malować mniej dokładnie, ale szybciej, bo w końcu funkcjonuje w grupie? Po jakimś czasie przyszło na mnie otrzeźwienie. Hej! A czy nie jest tak, że ja mam podobnie? Na przykład wolę spotykać się z jedną koleżanką niż z całą „bandą”. Tylko , że w przypadku dorosłej osoby, nazywa się to „preferencjami”, „usposobieniem” a w przypadku dziecka to coś dziwnego, niewygodnego, co czyni je negatywnie wyróżniającym się na tle ujednoliconej grupy w oczach nauczycielki. Czy to nie jest niesprawiedliwe?

 

Wiecie co? Szczerze mówiąc, nie mam w głowie jakiegoś super mądrego akapitu na zakończenie tego tekstu z przytupem😉 Tak naprawdę jedyne co przychodzi mi do głowy to myśl o tym, żeby pamiętać, że to życie nasze i naszych dzieci a w nim najbardziej liczy się nasze oraz ich dobro. Żeby postarać się z całych sił ignorować tę presję bycia „jakimś” i zaakceptować oraz polubić siebie jako osobę, jako matkę, bo jestem pewna, że tylko wtedy da się zaakceptować i polubić swoje dziecko takim, jakim naprawdę jest. No i nie złościć się na nie, kiedy ewidentnie pokazuje, że nie jest naszą małą kopią;-)

 

Nie oczekuj, że twoje dziecko będzie takim, jakim ty chcesz, żeby było. Pomóż mu stać się sobą a nie tobą. – Janusz Korczak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeżeli lubisz, udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *