Co mi w duszy gra

Czasami jest trochę za późno, czyli rzeczy, których żałuję

Często bywa tak, że traktujemy życie trochę jak próbę generalną. Podświadomie wierzymy, że będziemy mogli pewne rzeczy poprawić, wymazać, zrealizować nowy scenariusz.W efekcie tkwimy w iluzorycznym poczuciu wolności i swobody wyboru, w nieskończoność analizujemy opcje i dajemy sobie czas. Zdarza się, że więcej czasu niż mamy w rzeczywistości.

 

Czytałam ostatnio o tzw. punktualności zdarzeń życiowych. To akceptacja tego, że życie biegnie rytmem ustalonym przez naturę, uwarunkowania społeczne, że większość naszych życiowych zadań i celów ma termin realizacji a wiele marzeń – datę przydatności do użycia.

Możemy oburzać się, że to już nieaktualne, że dzisiaj jest już inaczej, świat poszedł do przodu i nawet staruszkowie skaczą na bungee albo doktoryzują się u schyłku życia. Nikt mi jednak nie wmówi, że spotykając kobietę, która świadomie decyduje się na pierwsze dziecko, mając 45 lat albo 34-latka, który nigdy jeszcze nie pracował i mieszka kątem u rodziców, nie ma poczucia, że życiowa chronologia jest lekko zachwiana…

Żyjemy dłużej niż nasi przodkowie i mamy znacznie więcej możliwości wyboru. Może dlatego też trochę boimy się wybierać – męża, miejsce do życia czy nawet co zjemy na obiad – bo mamy poczucie że tracimy inne, być może lepsze, opcje. A rezygnowanie z czegoś jest przecież takie nieprzyjemne. Nie lubimy poczucia, że coś tracimy. A może inaczej – że nie możemy mieć wszystkiego.

Z innych rzeczy rezygnujemy lub odpuszczamy je, bo jesteśmy w środku pokaleczeni, pełni obaw, nie znamy siebie, boimy się świata. Rezygnujemy z marzeń i planów, ponieważ nie doceniamy swoich możliwości albo spodziewamy się (wymyślonych przez nas samych) konsekwencji naszych potencjalnie złych wyborów. Miesiące i lata upływają na snuciu czarnych scenariuszy i efekt jest taki sam – czas przecieka nam przez palce.

Pocieszające jest to, że zmianę, myślenia i życia, prawie nigdy nie jest za późno.  Mimo, że ja swoje stopniowo zmieniam (a przynajmniej tak mi się wydaje😉), jest kilka rzeczy, których żałuję. Uczę się już nie rozpamiętywać, ale przypominam sobie od czasu do czasu, jako żółtą kartkę, kiedy łapię się na tym, że znów odpuszczam sobie dbanie o jakość mojego życia….

 

JĘZYKI OBCE

Żałuję, że zrezygnowałam z nauki niektórych a inne pozwoliłam sobie zapomnieć. Angielski, francuski, rosyjski, włoski, hiszpański, nawet arabski – gdybym była konsekwentna, systematyczna i szukała kontaktu chociaż z dwoma z tych, których naukę rozpoczęłam, byłoby świetnie.

Nie twierdzę, że mam szczególny dar, ale jako dorosła osoba, wiem już po prostu, że mam predyspozycje do nauki języków obcych: szybko zapamiętuję słówka, mam niezły akcent, nie mam bariery językowej. Nauczyciele w podstawówce sugerowali liceum językowe, ale ja bałam się, że sobie nie poradzę. Po studiach stopniowo traciłam kontakt z kolejnymi językami i coraz rzadziej szukałam okazji do mówienia. Teraz robię wszystko, żeby w miarę zadbać o angielski, który mi „został” – oglądam, czytam, słucham. W planach mam powrót do hiszpańskiego. Na to chyba nigdy nie jest za późno?;-)

 

STUDIA

Nie powiem, że polonistyka to był najgorszy wybór, ale specjalizacja nauczycielska? Co ja sobie myślałam?! To było pójście po najmniejszej linii oporu, taka decyzja „od czapy”, bo trzeba mieć jakieś zabezpieczenie na przyszłość. Media? Kulturoznawstwo? Co to w ogóle jest? Nikogo nie obchodziło, że nie będę dobrą nauczycielką, że nie umiem i nie lubię uczyć. Po prostu musiałam mieć „zawód”, żeby inni mogli spać spokojnie😉

Idąc dalej – mogłam studiować zaocznie i już wtedy robić ciekawe rzeczy z moim życiem, zamiast w weekendy stać za ladą w Żabce i kelnerować (choć nawet to lubiłam). Gdybym wtedy miała odwagę, żeby wejść w dorosłe życie w sposób, który rozmijał się z oczekiwaniami wobec mnie, myślę, że znacznie wcześniej zajęłabym się tym, co lubię i naprawdę chcę robić. Wcześniej poczułabym satysfakcję i chwyciła wiatr w żagle.

 

EMOCJE GÓRĄ

Żałuję każdego razu, kiedy zgodziłam się, żeby rządziły mną moja słabość, ból głowy, zły dzień, frustracja, moje problemy i oberwało się za to najbliższym, zwłaszcza mojemu dziecku. Nie, nie biczuję się, bo nie żyję w wydumanej rzeczywistości, gdzie rodzice nigdy nie podnoszą głosu i sa zawsze uśmiechnięci.

Żałuję jednak wszystkich tych sytuacji, kiedy moja reakcja była nieadekwatna do „przewinienia”, kiedy mogłam wziąć jeszcze 3 głębokie wdechy i powiedzieć coś spokojnie ostatni raz, ale wkurzyła mnie szefowa, więc mi się nie chciało.

Żałuję, że kiedy chciałam chwilę odetchnąć, nie powiedziałam, że wydrukuję kolorowanki z bohaterami ulubionej bajki,  tylko burknęłam, „że ma być w końcu cicho i bawić się w swoim pokoju”, bo myślałam, że skoro boli mnie brzuch, to mi wolno.

Żałuję braku cierpliwości, kiedy skakał po meblach, bawiąc się w Batmana a ja chwytałam za ramię i zabijałam wzrokiem, zamiast wymyślić Batmanowi jakąś misję do wykonania piętro niżej.

Nie, nie chcę być idealna. Chcę po prostu reagować stanowczo wtedy, gdy to uzasadnione a nie „strzelać focha” i źle traktować innych wtedy, gdy mój zły nastrój albo słaba forma nie mają z nimi nic wspólnego.

 

BRAK RUCHU

Żałuję, że nie uprawiałam więcej sportu. Po prostu. Jestem leniem kanapowym i to moja zmora. Mam jednak świadomość, że robię sobie tym krzywdę. Co więcej, wraz z upływem czasu konsekwencje mojego lenistwa są coraz bardziej odczuwalne. I tutaj nawet już nie pasuje magiczne „chcę” oraz szukanie w sobie na siłę wewnętrznej motywacji. Ja po prostu MUSZĘ to zmienić, bo wiem, że trzeba się ruszać. Tym bardziej, że pamiętam, jak szybkie i spektakularne efekty w obszarze poprawy formy i samopoczucia dawały moje nieliczne sportowe zrywy. Czas ruszyć tyłek😉

 

PÓŹNO CHWYCIŁAM STER

Żałuję, że tak późno zaczęłam wychodzić z roli ofiary i zrozumiałam, jak wiele w moim życiu zależy ode mnie. W tym obszarze nie jest jeszcze idealnie, ale o niebo lepiej niż jeszcze kilkanaście miesięcy temu.

Zaczęło się wtedy, kiedy dotarło do mnie, że to nie fikcja, że naprawdę mam moc decydowania o czym i jak myślę, w jaki sposób reaguję na okoliczności, czy pozwolę innym na to, aby wprawiali mnie w złe samopoczucie.

Jednocześnie zaczęłam rozumieć, że choćbym nie wiem jak się starała, to nie sprawię, że ktoś będzie szczęśliwy, że będzie doceniał swoje życie, że wyjdzie z roli ofiary, jeżeli sam zainteresowany tak naprawdę lubi pławić się w swoich zmartwieniach i frustracjach. To kojąca świadomość. Kiedy pozbywasz się wiecznego poczucia winy, czujesz się jak po najlepszej diecie😉

 

ŻYŁAM CUDZYMI PRZEKONANIAMI

Żałuję, ze tak długo wierzyłam we wszystkie „uniwersalne” życiowe prawdy i przekonania, które serwowano mi jako moje własne a które tylko ograniczały mnie i trochę ograniczają do tej pory. Jestem nieśmiała. Wszystko w naszym życiu zależy od warunków zewnętrznych, tudzież szczęścia lub pecha. Świat jest pełen zagrożeń. To niektóre z nich.

Takie przekonania mogą pozostać prawdą albo okazać się fałszem lub prawdą jedynie w pewnym stopniu, jeśli podejmiemy się trudnego procesu ich zmiany. Ja zaryzykowałam, choć nie jest łatwo przyjąć, że wiele z myśli w naszej głowie, które ograniczają, budzą lęk, dyskomfort, nakazują bierność wcale nie należy do nas. Jeszcze trudniej zacząć wierzyć w ich zupełne przeciwieństwo i zmienić swoje zachowanie, przełamać schematy.

Z jednej strony cieszę się tym, ile jestem w stanie wypracować i zmienić, ale z drugiej nie kryję, że żal mi trochę tamtych lat, kiedy nic z tego wszystkiego nie rozumiałam, byłam zagubiona i niepewna siebie. Ilu szans nie wykorzystałam ze strachu. Ilu relacji nie pogłębiłam z powodu urojonych obaw przed osądzaniem, wyśmianiem, brakiem akceptacji. Ile razy sama utwierdzałam się w przekonaniu, że ważniejsze niż moje uczucia, pragnienia i wola są konwenanse, opinia postronnych osób lub tradycje, z którymi zupełnie mi nie po drodze. Niby wiem, że to dojrzewanie, że gdyby nie ten czas, to nie byłabym teraz sobą a jednak czasami mi smutno, gdy pomyślę sobie, że ta ważna dekada pomiędzy 20-stym a 30-stym rokiem mojego życia nie była przeżyta tak dobrze, jak mogłaby być. Za mało przyłożyłam się do tego, żeby było fajnie.

 

Myślisz, że nigdy na nic nie jest za późno czy czasami jednak trochę jest?

 

 

 

 

Jeżeli lubisz, udostępnij

2 komentarze

  • Daniel

    Chętnie odpowiem, bo też mnie to zaczęło trapić, kiedy kończąc studia zrozumiałem, że robiłem je tylko dlatego, żeby jakieś mieć, co z kolei było wynikiem tego, gdy poszedłem do liceum z internatem katolickiego, muzycznego, który opuściłem po semestrze, bo nie dało się tam wytrzymać, ja byłem zawsze „prymusem” i chciałem się uczyć, a tam było zupełnie inaczej, potem okres licealny przebimbałem, będac w rozsypce. Ale dziś wiem, że ta decyzja po gimnazjum była spowodowana czymś, do czego nie chciałem się przyznać sam przed sobą. No a kościół, wiara to przecież cudowne antidotum na wszystko. Tak byłem uczony, że to coś ponad nami. Potem po studiach, skądinąd związanych z kościołem i muzyką, nie mając pracy, czując się stłamszony tym wszystkim, albo mając, ale żałosną, po depresji związanej z rozpadem poważnego związku, a co było też związane z brakiem prawdy, wobec której miałem stanąć w gimnazjum, po tym wszystkim też musiałem wszystko zmienić. Tyle że nie byłbym już w stanie wszystkiego zrobić tak jak mógłbym, gdybym stanął w prawdzie tam wtedy, w gimnazjum i zrobił rozpierdziel w swoim życiu, po to, by dosięgnąć w przyszłości szczęścia. Pamiętam, gdy nauczycielka z biologii w gimnazjum powiedziała mi, żebym szedł na medycynę w przyszłości, że świetnie zapamiętuję trudne rzeczy, rozumiem itd. Dziś wiem, że to była bardzo dobra rada. Ale dziś mi się już by nie chciało. Wsadziłem kiedyś ręce w coś, co przyniosło mi morze łez.

    Mój wniosek jest taki, że nie wszystko da się naprawić. Bo nie ma w nas później tej samej energii. Tego entuzjazmu młodości. Że to co było – mija bezpowrotnie. I choć próbowałem wracać do tego, co kiedyś mógłbym, co kiedyś było możliwe, i okazuje się, że nie. Że to był tamten moment. Nie wypowiadam się za innych, nie mam tego w zwyczaju. Mówię o sobie. Także to jest niewdzięczne w życiu, że nie da się wrócić, że wielu rzeczy nie da się naprawić. Dojrzałością jest to, by to zaakceptować i powiedzieć sobie, co dziś, z dzisiejszą sytuacją, możliwościami, bym zrobił, co dziś mi się chce. A tamto wszystko pogrzebać. Co zostało i przetrwało do dziś z tamtego czasu, jest tylko prawdą o tamtych dniach.

    • byledo20

      Dziękuję za Twój komentarz! To prawda, że sztuka godzenia się z przeszłością przychodzi wraz z dojrzałością. Ja właśnie w tym roku szczególnie mocno skupiam się na tym, żeby żyć w teraźniejszości-zamknąc pewne sprawy, innych nie projektować sobie, zanim nie przyjdą. Przeczytałam mądre zdanie, którego sesns brzmiał mniej więcej tak:żadna ilość wyrzutów sumienia nie zmieni przeszłości a żadna ilość strachu nie zmieni przyszłości. Pozdrawiam! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *