Sekretne życie matki

A jak awaria, czyli dlaczego zdjęłam bluzkę w samochodzie

Nie lubię podróżowania z dziećmi. Mam na myśli jazdę samochodem. No dobrze, mówiąc precyzyjnie: nie lubię podróżowania z Hanką. Dominik od urodzenia zapadał w sen, kiedy tylko P. przekręcał kluczyk w stacyjce – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Na Hanię też od pierwszych dni działała jakaś magia fotelikowa, z tym że objawiało się to zgoła inaczej. Już kiedy mieliśmy przewieźć ją ze szpitala do domu, gdy tylko dotknęła fotelika, zrobiła się czerwona, zaczęła wrzeszczeć i fikać nogami. Może się nie znam, ale nie wyglądało to jak przejaw radości na myśl o czekającej ją podróży.

 

Po kilku miesiącach było lepiej, ale nieznacznie. Tak jak przesyła się stęsknionym dziadkom fotorelacje z pierwszych kroków, pierwszego wiosennego spaceru, pierwszej łyżeczki, tak ja, otumaniona szczęściem, wysyłałam foty pt. „Pierwsze 30 sekund w foteliku bez płaczu”.

Dzisiaj nadal podróżujemy nocą. Choć nastąpił już ogromny progres – Mała po kilkunastu minutach zasypia sama w foteliku, przytulona do swojego kocysia, to podróż z nią przypomina spacer po polu minowym – nigdy nie wiesz czy to zbyt „głośne” hamowanie czy przełknięcie śliny, czy podskok na wyboju wybudzą ją na stałe ze snu, rozwścieczą do łez i wrzasku. Nigdy nie wiesz czy nadepniesz na minę po 40 minutach czy 2 godzinach podróży. Nigdy nie wiesz czy wystarczy Ci kreatywności i zimnej krwi, żeby tę minę rozbroić.

 

***

Tegoroczny weekend majowy spędziliśmy u Rodziców. Ten czas obfitował w okazje do świętowania i rozrywki – rodzinka w komplecie, rocznice, urodziny, wycieczki (takie bez dzieci😎), kajaki, grile i kawa na świeżym powietrzu. To wszystko uśpiło moją czujność. Nie przyszło mi do głowy podejrzewać, że największe atrakcje czekają mnie w drodze powrotnej do domu.

Zgodnie z sentencją ukutą kiedyś przy ognisku przez jednego z członków naszej rodziny: dobry czas mija szybko. Ani się obejrzałam, trzeba było znowu pakować tony ubranek na każdą pogodę, pampersy, wózki, smoczki, termosy, krzesełka, zabawki, kosmetyki, rowerki biegowe oraz inne drobiazgi.

Nie wiem czy też tak macie, ale ja zawsze trochę stresuję się przed podróżą. To taka niechęć do pakowania, podszyta niepokojem i często smutkiem z powodu wyjazdu a dodatkowo niepewnością z jaką mocą zaatakuje tym razem choroba lokomocyjna. Moja choroba lokomocyjna.

Rozedrganie emocji nie ominęło mnie i tym razem, więc już na kilka godzin przed wyjazdem byłam nieprzyjemnie pobudzona. Hania też, bo, jak na złość, jej dwie górne dwójki ewidentnie szykowały się do ofensywy.

Zaplanowaliśmy wyjazd w porze jej kolacji. Nie chciała jednak wypić swojego mleka przed podróżą (pewnie z powodu dyskomfortu ząbkowania) a dla mnie to był pierwszy sygnał ostrzegawczy: wiedz, że coś się (za) dzieje…

 

***

Uzbrojona jak komandos – w termosy, butelki i odmierzone porcje mleka –  postanowiłam, że nie dam się zaskoczyć. Byłam zdeterminowana, miałam rozpisaną w notesie strategię przetrwania i szczegółowe plany trasy ściągnięte ze strony GDDKiA😉. Wierzyłam, że wygram tę bitwę!

Wyruszyliśmy. Pierwsze minuty to jak zwykle czas dezorientacji, zaskoczenia nowym miejscem pobytu, unieruchomieniem i tym, że brat, choć się stara, nie może pacnąć cię w głowę, bo też jest przypięty. Pełnia szczęścia.

Po chwili sielanka się kończy, bo Hania orientuje się w co ją wpakowano (gdyby widziała, co przeżywa jej matka, nie narzekałaby!). Zaczyna się nerwowo wiercić, próbuję wyswobodzić się z pasów, wydaje dźwiękowe sygnały ostrzegawcze, które sprawiają, że dłonie mojego męża mocniej zaciskają się na kierownicy.

To nie jest czas na dywagacje. Trzeba działać błyskawicznie, bo ta sytuacja może rozwinąć się na dwa sposoby: albo odwrócę uwagę Małej od „niewygód”, robiąc z siebie błazna a później podstępnie wyciszę ją, podsuwając kocyk i gładząc policzek. Sprawię tym samym, że poczuje się szczęśliwa i senna, bardzo senna albo….

… nie trafię w jej artystyczne gusta ze swoim repertuarem muzycznym, tudzież monodramem. Złość Hanny zacznie przybierać na sile, jej gniew będzie w stanie kruszyć odwagę największych śmiałków a gardło zamieni się w bezdenną otchłań, z której wydobywają się nieludzkie odgłosy. Dominik, który prawdopodobnie już smacznie chrapie, obudzi się przerażony z grymasem płaczu na twarzy. Paweł, którego skok ciśnienia uwidoczni się w postaci rytmicznego pulsowania w okolicach tętnicy szyjnej i drżenia rąk, zacznie tracić zdrowy rozsądek i orientację w terenie,  jakże przydatne dla kierowcy.

 

***

Tego dnia los nie był dla mnie łaskawy i zrealizował się czarny scenariusz. Na przedstawienie, które odstawiłam, żeby opanować furię naszego maleństwa, spokojnie mogłabym sprzedawać bilety. Ratunkiem okazała się dopiero pędząca na sygnale karetka, której syrena wprawiła Hankę w osłupienie. W mig jakby zapomniała o histerii, która targała nią jeszcze przed chwilą i dała się ugłaskać. Dosłownie i w przenośni. Zasnęła.

Mięła godzina. Pomrukiwanie Hani i wiercenie się pod ukochanym kocykiem, sygnalizowały, że odzywa się głód. Spodziewałam się tego. Byłam przygotowana. Mleko też było. Udało się nakarmić Małą pogrążoną w półśnie. „Sukces” – pomyślałam. Jak za chwilę miało się okazać – półsukces…

 

***

Krótko po karmieniu, już w trasie, ponownie zauważyłam jakieś poruszenie w czeluściach fotelika. Towarzyszyło mu coś w rodzaju stęknięcia i złowieszczego bulgotania w okolicach pieluchy. W ciemności błysnęły białka szeroko otwartych oczu Hanki.

Kurrr… czowo chwyciłam się myśli, że to, co się właśnie dzieje, jest nawet zabawne. Że ta mała awaria wkrótce stanie się anegdotą z podróży. O, matczyna naiwności!

Oszczędzę Wam naturalistycznych opisów i zastąpię je sugestywnym stwierdzeniem: awaria okazała się być sporych rozmiarów i niefrasobliwie postanowiła wydostać się z pieluchy, aby zwiedzić najdalsze zakamarki siedziska oraz poznać mapę ciała Hanki.

Kurrr… czowo się chwyciłam. Tym razem za głowę, bo sądząc po okolicy i po znakach, od najbliższego…czegokolwiek dzieliło nas kilka kilometrów. Wyjątkowo długich, jak na kilometry.

 

***

Atmosfera w samochodzie zaczęła gęstnieć. Dominik udawał, że wymiotuje, czym akurat w tamtym momencie nie rozładował napięcia.

Dojechaliśmy na stację. Już samo wyjęcie Małej z fotelika było woltyżerką. Zupełnie niepotrzebną jak się okazało, bo po chwili przylgnęła do mnie, oplatając mnie nogami, co w sekundę zniweczyło moje starania o bezszkodowe wyjście z sytuacji.

Udałam się z Hanką oraz jej awarią i całym zapleczem higienicznym w stronę stacji, zostawiając Pawła z Dominikiem i fotelikiem do „ogarnięcia”. Żeby nie było, że tylko ja jestem od brudnej roboty.

W środku okazało się, że na stacji nie ma przewijaka. Był w toalecie w restauracji oddalonej o kilkanaście metrów. No nic. Trudno. Ważne że w ogóle jest, bo bez niego trudno byłoby naprawić szkody.

Toaleta była malutka i ciemna. Żarówka migotała jak w horrorze. Przewijak skrzypiał i wyglądał jak łoże tortur, więc w sumie nie dziwię się córce, że wpadła w histerię, kiedy próbowałam wyswobodzić się z jej objęć, żeby przygotować się do akcji. Pisk był taki, że nie odważyłam się postawić jej na podłodze. Cóż, nie takie rzeczy jak rozkładanie maty do przewijania robiło się jedną ręką! 😉

Żeby zmienić pieluchę i, jak się okazało, wszystkie ubrania, musiałam w końcu ją położyć. Nie chciałybyście tego słyszeć. A niektórzy musieli! Chyba nie tylko ja miałam skojarzenia z torturami, bo po chwili rozległo się pukanie do drzwi i pytanie „czy wszystko w porządku?” Niby nic, ale jakoś nie pomogło mi to uspokoić drżenia rąk.

Kiedy skończyłam, czułam się jak po zajęciach z cross fitu. Przeorana, ale szczęśliwa, że to zrobiłam!

 

***

Ulga po powrocie do auta, do którego odprowadzały nas podejrzliwe spojrzenia pracowników restauracji- nie do opisania.

No to jedziemy! Ale zaraz. Coś tu nie gra.

Coś tu śmierdzi – doprecyzował Dominik, jakby czytając w moich myślach.

Co ciekawe, nie była to przenośnia. Trop, niestety, prowadził… do mnie. Konkretnie do mojej bluzki, która, jak się okazało, ucierpiała na skutek awarii nie mniej niż garderoba Hanki. Kurrr… czowo musiałam się czegoś złapać. Znowu.

Co to to nie, złośliwy losie! – wygłosiłam krótki monolog wewnętrzny. – Żadnego więcej zatrzymywania się, zmiany planów, nurkowania w bagażniku w poszukiwaniu mojej walizki, wydłużania tej podróży o dodatkowe minuty! To ja już wolę się rozebrać!

Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Ukryłam „zginiłe jajo” w woreczku i zadowolona z siebie (w pewnym sensie), usadowiłam się wygodnie. Pierwsze kilometry bez bluzki upłynęły mi na wyciszaniu umysłu, dopiero po jakimś czasie zaczęłam odczuwać dyskomfort. Niby wszystko ok, niby człowiek schowany, niby jestem wyzwolona, ale jednak jakoś tak dziwnie, kiedy zatrzymujesz się na światłach. I trochę zimno.

Skapitulowałam. Schowałam godność do kieszeni. Spodni oczywiście, bo bluzki nie miałam. Poprosiłam Pawła, któremu i tak już było wszystko jedno, żeby zatrzymał się gdzieś i znalazł w bagażniku cokolwiek, co mogłoby posłużyć jego białogłowie za okrycie. Mój rycerz posłusznie, acz z bezgłośnymi przekleństwami na ustach, dał nura w bagaże, żeby wyłowić którąś z moich ubraniowych gór. Nie było łatwo, ale to chyba jasne, że własną torbę wrzucasz na dno a na niej ładują wózki, łóżeczka turystyczne i rowerki biegowe. Chyba mógł się tego spodziewać!

 

***

I tak, odarta z godności, ale za to owinięta swetrem kontynuowałam podróż.

Całe szczęście Młodej chyba zrobiło się mnie żal i uruchomiwszy poczucie babskiej solidarności najpierw gaworzyła (coś jakby „W swetrze też jest nieźle” )  a później zasnęła i nie obudziła się przez kolejne dwie godziny, aż dotarliśmy do celu podróży.

Jeszcze tylko przygotować wszystkich do snu, ułożyć w łóżkach, sprawić, żeby zasnęli i można samemu, z czystym sumieniem, udać się na 4,5-godzinny odpoczynek nocny. Uff.

Czasami chciałbym, żeby ktoś w końcu wynalazł przystępną cenowo metodę teleportacji.

 

***

Macie jakieś barwne wspomnienia z podróży z dzieciakami?;-)

 

 

 

 

Jeżeli lubisz, udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *