Co mi w duszy gra

Dziękuję Ci, Życie, że nie dostałam jeszcze obuchem w głowę

Chorujemy. Dopadły nas zapalenia: oskrzeli, płuc i uszu jednocześnie. Mało śpię i nie jem teraz zbyt zdrowo – jestem zmęczona. Noszę, tulę, odmierzam mililitry i wydaję kapsułki. Uciszam tych, którzy akurat czują się lepiej, żeby Ci, którzy czują się gorzej, mogli wypocząć. Organizuję czas, przekonuję do dwóch kęsów, usypiam, budzę na dawkę antybiotyku, wstaję w nocy,  żeby dotknąć czoła i przykryć stopy. Pilnuję godzin, wyparzam maseczki do nebulizacji, informuję krewnych o stanie zdrowia pacjentów… Sama też nie czuję się najlepiej, ale, jakby to ująć, aktualni pracodawcy nie respektują zaleceń mojego lekarza i nie akceptują L4 😉

Po prawie tygodniu „bycia  wszystkim” i stania na warcie każdej nocy, zaczęłam mieć trochę dość. A właściwie to zaczęłam mieć serdecznie dość. Zmęczenie uruchomiło moduł „irytacja + frustracja”, walka o każdą łyżeczkę syropu uszkodziła panel sterowania cierpliwością i empatią.  Po odcięciu zasilania padły takie funkcje jak uśmiech, dystans do rzeczywistości i poczucie humoru.

Zaczęłam czuć się  wyjątkowo niedoceniana, wyjątkowo wykończona, wyjątkowo „niezaopiekowana”. Czuć, że jestem w wyjątkowo trudnej sytuacji.

Kiedy stojąc odwrócona tyłem do moich jęczących, rzężących, zasmarkanych dzieci, z których każde zapragnęło mieć w tym samym momencie akurat TEGO Hotwheelsa (spośród prawie stu autek, które posiadamy), po raz kolejny zacisnęłam pięści, żeby nie wybuchnąć, to znienacka uderzyło mnie wspomnienie naszego ostatniego pobytu w szpitalu. Niektórzy pewnie wiedzą, ale dla nakreślenia kontekstu wyjaśnię, że Dominik miał stosunkowo niegroźną wadę serca, której pozbyto się podczas jednej operacji. Właściwie to podczas zabiegu cewnikowania, który nie wymaga otwierania klatki piersiowej, dzięki czemu spędziliśmy w szpitalu tylko tydzień. Zabawa zaczęła się podczas trzymiesięcznej rekonwalescencji, kiedy to mieliśmy utrzymać niemalże w bezruchu, zdrowego, czującego się świetnie, nieco nadpobudliwego 3,5-latka, aby wszystko się zagoiło. Upadek albo uderzenie w klatkę piersiową mogły skutkować  koniecznością powtórzenia zabiegu. To był okres, kiedy prawie nabawiłam się nerwicy 😉

Każdemu pobytowi w szpitalu towarzyszy stres a z jakimkolwiek zabiegiem, któremu ma zostać poddane Twoje dziecko także strach. Dodatkowo, po 2 dobach spędzonych w tym przybytku oboje nas, Dominika i mnie, trafiał już szlag. Doskwierał nam brak przestrzeni, ograniczenia ruchowe, które dotyczyły dzieci na oddziale kardiologii.  Narzekaliśmy na jedzenie – do dzisiaj nie mogę nadziwić się, kto z czystym sumieniem podejmuje decyzje o tym „jadłospisie” w szpitalu pediatrycznym. Żeby dzieci odżywiały się „jako tako”, większość rodziców przynosiła jedzenie z zewnątrz. Nie rozumieliśmy, jak to jest, że każdego ranka musimy być uwięzieni w sali, żeby nie przegapić obchodu, który mógł rozpocząć się o 8.00, ale mógł też o 10.00, bez wcześniejszego uprzedzenia – ot takie udogodnienie dla matek z małymi dziećmi. Szybko zaczęło mnie uwierać współdzielenie kilku metrów kwadratowych z inną mama i 1,5 rocznym brzdącem. Dziewczyny były super, pomagałyśmy sobie, gawędziłyśmy. Jednak wiecie jak to jest, kiedy człowiek nie czuje się do końca swobodnie. Kiedy zmienia swoje rytuały, żeby nie wadzić współlokatorom. Kiedy po trudnym dniu długo usypia dziecko w nowym miejscu, żeby za chwilę usłyszeć rozdzierający ciszę nocną płacz małej sąsiadki z pryczy obok i wie, że nanosekunda dzieli go od tego, że własne dziecko też obudzi się przestraszone, z płaczem…  Wiem, wiem – powinnam mieć na drugie Dygresja 😉 No dobrze. Do brzegu.

Użalałam się nad sobą. Nad tym naszym nędznym położeniem i niedogodnościami. Dopóki w szpitalnej świetlicy nie spotkałam jej…

Była mniej więcej w moim wieku, ale miała oczy zmęczonej staruszki. Skromnie ubrana. Uśmiechnięta, ale po chwili rozmowy zauważyłam, że bez przerwy nerwowo szczypie rękaw różowej bluzy. W szpitalu była z obojgiem swoich dzieci. To było planowe przyjęcie, na co najmniej 3 tygodnie, żeby zbadać maluchy dokładnie i ustalić dalszą terapię. Niecałe 2 lata wcześniej była mamą trójki. Pewnego grudniowego wieczora, kiedy po tradycyjnych bataliach o dobranocki, kolacje i mycie zębów, położyła w końcu bliźniaczki i młodszego synka do łóżek, wszyscy zaczęli skarżyć się na ból brzuszka. Coś zaszkodziło im w przedszkolu albo to grypa żołądkowa. Tyle teraz wirusów w powietrzu…. Ty też byś tak pomyślała. Ja też.  Zaparzyła miętę. Głaskała dwiema rękami trzy bolące brzuszki, całowała czoła, dopóki nie zasnęły. Rano jedna z dziewczynek leżała martwa obok siostry. Jej małe ciałko okazało się najsłabsze w starciu z bakterią,  która nie wiadomo skąd się wzięła i zaatakowała rodzeństwo. Pozostała dwójką spędziła kilka tygodni w szpitalu, walcząc z sepsą. Po wszystkim okazało się, że oboje mają nieodwracalnie uszkodzony mięsień sercowy. Ich serca straciły dużą część wydolności i muszą być wspomagane do końca życia. Co kilka miesięcy we trójkę spędzają w szpitalu minimum 3 tygodnie. J. była sama, bo ojciec dzieci „nie udźwignął sytuacji”… Nie udźwignął jej do tego stopnia, że nie odbiera nawet telefonów i nie kontaktuje się z dziećmi w czasie świąt ani w dniu urodzin a ona musi płacić sąsiadowi, żeby odebrał ich z dworca kolejowego. Z miejscowości, w której mieszkają, jedzie się do Warszawy prawie trzy godziny pociągiem.

Potem przypomniało mi się, jak chodziliśmy na badania do gabinetów wspólnych dla wszystkich oddziałów. Obowiązywały kolejki, ale przepuszczaliśmy małe przezroczyste dzieci w chusteczkach na główkach – pacjentów onkologicznych. Nie rozrabiały, nie miały siły się nudzić. Rodzice trzymali je na kolanach i uśmiechali się do nich. Obejmowali je tak, jakby ten uścisk miał ochronić je przed… tym wszystkim. Bałam się patrzeć na twarze tych rodziców. Nie miałam odwagi patrzeć im w oczy. Ta myśl, trochę dająca ulgę a  trochę nie wiedzieć czemu,  odczuwalna jak wyrzut sumienia „dziękuję, że musimy czekać w kolejce”…

 Tamte wspomnienia uruchomiły lawinę. Obrazy błyskawicznie przeskakiwały mi przed oczami jak przyspieszony film.

Pięcioosobowa kochająca się, aktywna rodzina. Znajomi znajomej. Mieli wypadek, jadąc na ukochane narty. Czwórka zginęła na miejscu, przeżył najmłodszy synek. Zamiast na narty pojechał na OIOM a później do domu dziecka…

Twarz mojej znajomej z czasów studiów. Dziewczyna o rok starsza ode mnie, która upadła,  spacerując z mężem podczas podróży poślubnej. Zatrzymanie krążenia. Była zdrowa.

Koleżanka przyjaciółki, która przegrała walkę z rakiem. W cztery miesiące odebrał jej życie.

Przypomniałam sobie wywiad telewizyjny, w którym kobieta opowiadała, jak położyła się wieczorem z mężem a ten objął ją, zanim zasnęli. Rano już nie żył.

I nie, nie napiszę Wam teraz, że kiedy film wyświetlił się do końca,  dostałam przypływu sił.  Że jęki, kłótnie, płacze i odmowa przyjmowania leków przestały mnie złościć i że frustracja rozpłynęła się jak magiczna mgła, ustępując miejsca mojemu opanowaniu i tęczy nad naszym domem. Że już ani razu nie zaklęłam siarczyście pod nosem, kiedy pojawiła się okazja, żeby w końcu usiąść a w momencie, kiedy opadałam na kanapę, rozległ się płacz. To zostało po staremu i minie pewnie dopiero, kiedy zaznam 5 godzin nieprzerwanego snu, czyli za jakieś 2 lata,  znając moje dzieci 😉

Przestałam jednak czuć się pokrzywdzona. Przestałam czuć się wyjątkowa w swoim „nieszczęściu”. Spokorniałam. Można by skwitować to banalnym: inni mają gorzej. I jestem pewna, że rozumiecie, że nie chodzi tu o to, aby poprawiać sobie humor cudzymi problemami i tragediami.  Chodzi o to, aby wyważyć proporcje. Żeby umieć obiektywnie oszacować kaliber spraw. Pamiętać, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Grypa, permanentne niewyspanie, arogancki szef, zły dzień, zły tydzień a nawet miesiąc – nikt nie mówi, że łatwo to znieść, ale są też  inne, o wiele trudniejsze sytuacje.

Wcale nie jestem za umniejszaniem własnego bólu, za tłumieniem trudnych emocji. Moim zdaniem to nie działa tak, że skoro dzieci w Afryce nie mają wody, to Ty nie możesz pisnąć, że trzęsiesz się cała na myśl o deadline’ie w pracy. To nie jest tak, że skoro sąsiad stracił nogę w wypadku, to Ty masz czuć się głupio, bo boli Cię głowa od wrzasku dzieci i udawać, że wcale nie boli.  To nie oznacza, że nie możesz rozpłakać się z bezsilności, kiedy Twój niemowlak ma kolkę, skoro jest zdrowy a niektórzy rodzice borykają się z chorobami dzieci. Chodzi po prostu o to, żeby mentalnie nie utknąć w roli męczennika. Że czasami można tak zdrowo, po polsku ponarzekać, popłakać, może nawet zdecydować, że chwilowo masz wszystko w dupie, ale później trzeba tę dupę spiąć. Zacisnąć zęby i wziąć się w garść.  Zamknąć usta. Otworzyć oczy. Docenić i szanować. Nie marnować tego, co dostałaś, kim jesteś i gdzie jesteś.

Złość się, płacz, frustruj i padaj ze zmęczenia – to także jest część życia. Ale nigdy, ale to przenigdy nie rób z siebie ofiary na własne życzenie. Nie pław się w swoim nieszczęściu dłużej niż to potrzebne. Nie dokarmiaj małych kłopotów ciągłą uwagą. Oczekuj od życia dużo, bo ono to lubi, ale nie bądź kimś, komu zawsze mało.

Jestem już na tyle dużą dziewczynką, że rozumiem: to wszystko może w każdej chwili trafić szlag. Świat może runąć. Życie może zmienić się tak, jak nigdy bym tego nie chciała. Mogę stanąć przed próba, której podołam lub nie. Rozumiem.

Ale jeszcze nie teraz. To nie zdarzyło się dzisiaj. Tym razem jeszcze mi się upiekło.

Dlatego dziękuję Ci, Życie, że na razie ważne lekcje wyświetlasz mi jak film a znaki wskazujesz palcem z bezpiecznej odległości. Dziękuję, że nie dostałam jeszcze obuchem w głowę.
Jeżeli lubisz, udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *