Sekretne życie matki

Jak ogarniam poranki, będąc matką dwójki dzieci

Poranki mogą być przyjemne. Pamiętam to sprzed pierwszej ciąży. Teraz pomiędzy 6 a 9 rano nasze mieszkanie zamienia się w pole bitwy (przynajmniej tak wygląda). Zazwyczaj zostaję obudzona znienacka, piskliwym, przeszywającym mózg, wykrzyczanym prosto do ucha „ma – ma” albo uderzeniem w twarz, ok. 5.50. Przez mniej więcej godzinę próbuję stać się kompatybilna z rzeczywistością. W środku uwięziona jestem prawdziwa ja – z niewyspania, zimna i przerażenia płaczę pod mentalnym kocem – a na zewnątrz przywdziewam strój Supermatki i odpalam ekspres do kawy. Z każdym łykiem aromatycznego napoju bardziej czuję, że mam tę moc –  rosnę w siłę i nastawiam się na zwycięstwo. Byle do 20!

Czas dzielący nas od wyjścia do przedszkola upływa na rytuałach, które, jestem pewna, zna każda matka „młodszaka” i przedszkolaka. Zabawy z jedzeniem, przebieranki, szaleńczy śmiech, czarna rozpacz, ekspresowe mediacje, desperacki pośpiech – ot, zwykła walka o przetrwanie.

Żeby wygrać tę nierówną walkę, staram się wydatkować jak najmniej energii. Moje dzieci jedzą na śniadanie płatki – kukurydziane, jaglane, gryczane albo owsiane – ponieważ ich przygotowanie, nawet z owocami, jest mniej absorbujące niż zrobienie kanapki. Aby mieć pewność, że rano nie zostanę wrobiona na przykład w smażenie naleśników, daję moim dzieciom propozycje śniadaniowe godne gwiazdki Michelin (no dobrze, godne baru mlecznego, ale o całkiem przyzwoitym standardzie!), nie wspominając o płatkach. To daje gwarancję, że wybiorą te ostatnie. Proste? Proste!

Kiedy mam już ogarniętą wydawkę, jednocześnie próbuję nakłonić Hankę, żeby zjadła cokolwiek, bo padnie z głodu i nakłonić Dominika, żeby nie jadł już więcej, bo zwymiotuje z przejedzenia.  Gdy dzieci są najedzone a ja ciągle głodna, przenosimy się do łazienki. Myjąc na zmianę kolejne części ciała, to swoje, to Hani, wrzeszczę i odbywam z Synem mniej więcej taki dialog:

– Dominik! Umyj buzię!

– Mamo, ale jeszcze…

– Dominik, zęby!

– Mamo, ale Lego….

– Dominik, natychmiast do łazienki, bo się spóźnimy!

– Mamo, ale Hotwheels wjechał pod kanapę…

– Dominik, przyjdź tu natychmiast!

– Mamo, ale palce mi się skleiły….

– ???????? – pomimo chwilowej konsternacji nie tracę zimnej krwi i kończę tę dyskusję z przytupem – Dominik, jeżeli nie przyjdziesz tutaj natychmiast, nie oglądasz dobranocki dzisiaj, jutro i pojutrze!

Dominik przychodzi i szykuje się do przedszkola.

Zmieniając pieluchę wijącej się niczym gwiazda Bollywood Młodej, przytrzymuję ją kolanem i co kilka sekund rzucam w Dominika to jego majtkami, to skarpetkami, spodniami i bluzą, bo jeżeli nie spadną mu na twarz, to ich nie zauważy i będzie biegał goły. W międzyczasie Hanka robi się śpiąca, bo przecież bawiła się w nocy przez 2 godziny i jadła 3 razy a potem wstała o 5.50. Dochodzi do wniosku, że jest zbyt zmęczona, żeby poruszać się samodzielnie i domaga się noszenia. Noszę więc, bo inaczej na mnie krzyczy a tego nie lubię. Poza tym, kiedy Hania wrzeszczy, jej brat zaczyna wydzierać się na nią, żeby była cicho i boję się, że sąsiadka z góry zadzwoni do opieki społecznej.

Z Królewną na biodrze staję przed szafą i w ciągu ułamka sekundy podejmuję decyzję, co na siebie włożę. Mówię Wam, żadne minimalizmy, żadne capsule wardrobe, żadne oczyszczanie garderoby i ujednolicona kolorystyka nie pomogą w tej kwestii tak, jak idea, która stała się mi bliska, gdy zostałam matką dwójki dzieci – niepogniecionalizm. Szybka weryfikacja, które rzeczy pozostają dzisiaj w zgodzie z moją aktualną filozofią i hop! – wrzucam marudzącą Hankę do łóżeczka. Żeby uśpić jej czujność, ubieram się, tańcząc i śpiewając  Puszka Okruszka. Niestety, czasami ma gorszy dzień i domaga się piosenki Koła autobusu kręcą się z pokazywaniem. Wtedy jest trochę trudniej, ale już całkiem nieźle idzie mi zapinanie bluzki w momencie, gdy drzwi autobusu zamykają się.

Pomiędzy zwrotką a refrenem,  z rozpędu śpiewnym tonem, proszę Dominika, żeby wybrał zabawkę, którą zabierze do przedszkola. To długotrwały i burzliwy proces, połączony z twardymi negocjacjami, więc rezerwuję sobie na to 40 minut przed wyjściem. Dominik wybiera. Na początku w ciszy i skupieniu, bo jeszcze liczy na to, że będzie mógł wziąć ze sobą Lego wielkości główki od szpilki albo śmieciarkę wielkości…. prawdziwej śmieciarki. Czy wybranie jednej spośród wielu odpowiednich gabarytowo, nie rozpadających się na malutkie części zabawek jest takie trudne czy on po prostu lubi te nasze codzienne sprzeczki przed wyjściem?! Zastanawiam się nad tym, ale tylko przez chwilkę, bo czas ucieka.

Przy odrobinie szczęścia Hania zainteresuje się teraz moim pędzlem do pudru i potraktuje go jak najlepsze na świecie lody truskawkowe. W tym czasie ja błyskawicznie maskuję cienie pod oczami, maluję rzęsy, czeszę się i spryskuję zapachem innym niż zapach rybki morskiej z brokułkiem, który, nie wiedzieć czemu, ostatnio mnie prześladuje. Coco Chanel nakłaniała do tego, żeby zawsze wyglądać tak, jakbyś miała spotkać miłość swojego życia. Mnie wystarczy, kiedy doprowadzę się do stanu, w którym nie wstydzę wystawić za drzwi coś więcej niż rękę, odbierając paczkę od kuriera.

Czas do wyjścia kurczy się nieubłaganie, ale Młoda nadal liże pędzel i koncentruje się, żeby wyjąć włosie spomiędzy czterech zębów, wiec mogę jeszcze błyskawicznie ogarnąć blat i włożyć naczynia do zmywarki. Przypominam sobie jednak, że Dominik prawdopodobnie wybrał już zabawkę, której nie będzie mógł zabrać do przedszkola, więc zagajam:

– Dodi, wybrałeś już zabawkę?

– Tak, wybrałem miniaturkę miniaturki statku kosmicznego Lego City/zdalnie sterowany dźwig, wyższy ode mnie o głowę, ważący jakieś 3 kilogramy.*

(*Niepotrzebne skreślić.)

– Synku, nie możesz zabrać do przedszkola miniaturki miniaturki statku kosmicznego Lego City, bo ciocia nie pozwala przynosić zabawek z tak drobnymi elementami/zdalnie sterowanego wielkiego dźwigu, bo ciocia nie pozwala przynosić tak dużych zabawek.**

(**Niepotrzebne skreślić.)

– Ale mamoooooo, ja chcęęęę……

– Ale Dominik…..

– Ale mamooooo…..

– Ale Dominik…..

– Ale Krzyś i Patryk…..

– Ale Dominik…..

– Ale mamooooo….

– Dominik, jeżeli natychmiast nie wybierzesz czegoś większego niż miniaturka miniaturki i mniejszego niż dźwig, to nie zabierzesz zabawki do przedszkola i nie obejrzysz dobranocki dzisiaj, jutro i pojutrze!

Dominik szybko wybiera odpowiednią zabawkę, ja właśnie włączam zmywarkę i możemy przejść do najprzyjemniejszej części poranka – ubieranie się przed wyjściem.  Jeżeli pamiętacie mój tekst o tym, jak nie założyliśmy bucików, wychodząc do przedszkola (klik), to dodajcie sobie do tego wrzeszczącego niemowlaka. W praktyce wygada to tak, że ja obezwładniam Hankę, która opiera się przed założeniem butów, kombinezonu i czapki oraz próbuje zniechęcić mnie sygnałem dźwiękowym (swoja drogą, rozumiem i podzielam jej niechęć do kurtek, czapek i szalików, ale przecież nie mogę tego przyznać – mogłaby wykorzystać tę wiedzę i przekonać mnie, że nie powinnam jej ubierać) i jednocześnie instruuję Dominika, który miał szykować się do wyjścia, ale: a) właśnie leży na podłodze w przedpokoju i robi brzuszki, b) bawi się zabawką, którą wybrał, c) próbuje schować się w szafce na buty, d) informuje mnie, że jednak się rozmyślił i nie idzie dzisiaj do przedszkola:

– Załóż buty. Świetnie. Teraz załóż kurtkę. Tak, zapnij.

– Ale ja nie potrafięęęęę…. (potrafi)

– Załóż rękawiczki.

– Ale ja nie potrafięęęę…  (potrafi)

I tak dalej, i tak dalej. Kiedy Hanka ląduje w wózku, gotowa do wyjścia, proszę Dominika, żeby przywołał windę a sama w tym czasie sprintem zakładam, chwytam i zabieram co moje.

W przedszkolu czeka nas tylko jeszcze rytuał pożegnania, kiedy to mój Syn ze łzami w oczach utrzymuje, że wyrządzam mu wielką krzywdę, zostawiając go w tej przerażającej norze (to nic, że później będzie ryczał, że przyszłam po niego za wcześnie i nie chce wracać do domu… Żyjmy tu i teraz!) a moja Córka  ze łzami w oczach utrzymuje, że wyrządzam jej wielka krzywdę każąc jej poczekać chwilę w wózku, gdy pomagam jej bratu. W każdym razie zawsze mam to budzące dyskomfort poczucie, że to „moje” ryczą najgłośniej ze wszystkich dzieci w przedszkolu. Luzik, choć muszę przyznać, że nad techniką bilokacji, muszę jeszcze trochę popracować.

Wychodzimy z przedszkola. Czasami Hania zasypia w drodze do domu. Spaceruję wtedy po osiedlu, bo przecież budzi się od razu, gdy tylko jakimś cudem wyczuje, że zbliżamy się naszej klatki. Nie ma więc mowy, żeby pospała w wózku na balkonie czy takie tam, matczyne fanaberie. Zazwyczaj po prostu marudzi ze zmęczenia, wiec pędzimy do mieszkania, gdzie z niekrytą ulgą przekazuję ją Morfeuszowi w objęcia po mniej więcej trzech kwadransach usypiania i w końcu jem porządne śniadanie (resztki płatków, które spożywam wcześniej raczej się nie liczą, prawda?) oraz piję drugą, ale raczej nie ostatnią tego dnia, kawę.

Kiedy zostajemy same to, (pomijając fakt, że Mała prawie nie śpi w dzień, więc bywa bardzo marudna) mogę schować do szafy kostium Supermatki. Zabawa zaczyna się na nowo, kiedy ok. 15 znów dołącza do nas „trzeci element” 😉  Żeby nie zdradzać wszystkiego od razu, wkrótce podzielę się z Wami tym, do jakich sztuczek uciekam się popołudniami,  jak wyglądają nasze wieczorne rytuały oraz jakich supermocy używam, kiedy Dominik jest chory i zostaje z nami w domu, czyli średnio co dwa tygodnie. W 5-tym roku życia w końcu wzrosła mu odporność! 😉

A Wasze poranki? Leniwe, jak u nas, czy pełne wrażeń? 😉

Jeżeli lubisz, udostępnij

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *