Co mi w duszy gra

Skuteczna metoda wspierania rozwoju dziecka: wylecz się z kompleksów i poskrom ambicje

Nasze dzieci powinny mieć więcej zajęć dydaktycznych!

Trzeba zweryfikować znajomość angielskiego wśród dzieci i wprowadzić więcej lekcji!

Wybraliśmy  już szkołę dla naszego X. Przyjmują tam siedmiolatki na podstawie egzaminu z wiedzy ogólnej a każdy uczeń obowiązkowo deklaruje, w jakiej olimpiadzie przedmiotowej weźmie udział.

Mój Y MUSI spróbować wszystkiego! Nawet jeżeli czasami trochę się pomęczy, będzie miał lepszy start do liceum i na studia.

Kiedy dostaniemy listy zapisów na zajęcia dodatkowe? Moja Z ma jeszcze wolne czwartki. Czy są jakieś zajęcia w czwartki?

 

To nie jest spis zasłyszanych na mieście plotek o tym, jak wyglądają zloty rodziców dzieci należących do Mensy. To autentyczne wypowiedzi, które padły podczas spotkania semestralnego w przedszkolu, do którego chodzi nasz Syn (grupa 5-latków, zajęcia dydaktyczne od 9.30 do 15.00, z przerwą na posiłki, lekcje angielskiego odbywają się 3 razy w tygodniu) albo podczas „zgrupowania” przy osiedlowej piaskownicy. Kiedy słyszę takie – wybaczcie – bzdury, miewam różne myśli. Czasami żałuję, że nie mam przy sobie kubła lodowatej wody. Zdarza się, że  chciałabym podać takiemu rodzicowi pomocną dłoń, skoro upadł. Na głowę. Najchętniej jednak wysłałabym go na terapię albo do jakiegoś miejsca odosobnienia, gdzie mógłby przepracować kilka swoich problemów, m.in. pokochać siebie i wyleczyć się z kompleksów.

Zapisywanie małych dzieci na niezliczone ilości zajęć poza przedszkolnych, przekonanie, że od trzeciego roku życia, albo i wcześniej, powinny uczyć się niczym studenci w trakcie sesji, presja by były najlepsze, bo to zapewni im sukces w dorosłym życiu (rozumiany jako prestiżowa, dobrze płatna posada – w takim kontekście będę używać tego słowa w tekście) i zapędy, aby licytować się z innymi rodzicami „na osiągnięcia” naszych pociech, mogą mieć różne przyczyny.

Bywa, że jest to zwykłe lenistwo. Interakcja z dzieckiem, realne przebywanie z nim a nie obok niego, siedząc z nosem w smartfonie, wymaga od nas czasu, energii, kreatywności. Często nam się nie chce, bo jesteśmy zmęczeni pracą. Czasami to wygoda i brak pomysłów, bo ileż można być kreatywnym?!

 

Wozimy dziecko z zajęć na zajęcia i wybielamy sobie sumienie, zajmując mu czas, którego sami dla niego nie mamy. Kiedy przelewamy opłaty na konta organizatorów zajęć, oddychamy z ulgą, bo to rytuał uwalniający od poczucia winy.

 

Zdarza się, że to bezmyślność rodziców, którzy nie widzą nic złego w tym, że traktują dzieci, jak małych dorosłych, bez refleksji nad ich potrzebami. Wychodzą z założenia, że jeśli w ich świecie modnie jest być bardzo zajętym, bo to kojarzy się z ambicją i czyni cię atrakcyjnym towarzysko w niektórych środowiskach, to ich pociechy też powinny być „modne”. Powinny być bardzo zajęte, brylować wśród rówieśników i przywyknąć do myśli, że kiedyś mają odnieść sukces.

Mam wrażenie, że znacznie częściej niż o lenistwo czy bezmyślność, chodzi o nadmierne oczekiwania, wygórowane ambicje i kompleksy rodziców, dlatego właśnie tym przyczynom przyjrzyjmy się bliżej.

 

OCZEKIWANIA

 

 

Nie jest łatwo pozbyć się oczekiwań a pozbyć się oczekiwań względem własnych dzieci jest bardzo trudno. To naturalne i nie ma w tym nic złego, że jeszcze zanim dzidziuś pojawi się na świecie, wyobrażamy sobie, że będzie „jakiś”, ciekawi nas czy w przyszłości polubi to co my,  zastanawiamy się nawet, kim zostanie, gdy dorośnie. Nie bylibyśmy rodzicami, gdybyśmy od czasu do czasu przy wieczornej herbacie nie zaplanowali życia naszym pociechom 😉 Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy wierzyć, że możemy o tych „planach” informować dziecko a nawet mamy obowiązek wcielić te wizje w życie. Nie lepiej jest, kiedy dochodzimy do wniosku,  że mamy dziecko po to, żeby w końcu spełniło nasze zakurzone marzenia czy, będąc ideałem, sprawiło, że poczujemy się lepsi (skoro mamy najlepsze dziecko, to sami też musimy być warci więcej, niż nam się wcześniej wydawało albo niż mówili nam nasi rodzice).

 

Proponowanie dziecku rzeczy, które to my uważamy za wartościowe, samo w sobie nie jest złe. To normalne, że pokazując malcowi świat, podpowiadając możliwości, kierujemy się głównie własnymi preferencjami – to co przez nas sprawdzone i zaaprobowane albo co postrzegamy jako właściwe, wydaje nam się dobre dla małego człowieka.

 

Kluczem jest tutaj umiejętność wycofania się w odpowiednim momencie i pogodzenia się z tym, że dziecko nie cierpi taplać się w glinie na ceramice, nie radzi sobie dobrze podczas zajęć z robotyki a po spotkaniach kółka teatralnego jest bardziej zestresowane niż otwarte i pobudzone artystycznie. Uwierzcie mi, wiem co mówię. Żeby nie być gołosłowną podzielę się z Wami historią z czasów, zanim okazało się, że Dominik jest zapalonym sportowcem.

Kiedy padła propozycja, żeby zapisać Młodego na jakieś zajęcia, od razu pomyślałam o czymś związanym z muzyką. Najlepiej klasyczną, bo przecież stymuluje i budzi w człowieku ukrytego geniusza 😉 Jak pomyślałam, tak zrobiłam i już kilka dni później trafiliśmy na zajęcia z muzyki rozwijającej czy muzycznego rozwoju,  jakoś tak… w każdym razie zajęcia, które miały odmienić nasze życie. Przydzielono nas do dziesięcioosobowej grupy. Pierwsze spotkanie: prowadząca gra, wygwizduje i wyśpiewuje, rozdaje instrumenty. W tle muzyka klasyczna. Dziewięcioro młodocianych uczestników zajęć podskakuje, pląsa, wyje razem z panią Klarą, próbuje wystukiwać rytm na bębenkach. Dziesiąte dziecko siedzi tyłem do grupy, uderza się marakasami w głowę i ryczy ze śmiechu. Hmmm…. Jeżeli myślał, że tak łatwo się poddam, to się mylił. Postanowiłam, że wrócimy tu za tydzień i dopilnuję, żeby nie dostał marakasów! Na kolejnych zajęciach rzeczywiście marakasy nie wpadły mu w ręce, za to w oko wpadła mu słomianka, którą zabezpieczony był grzejnik. Bach i Mozart swoje a Dominik swoje – bite pół godziny dłubał w słomiance a kolejne 15 minut próbował odebrać koledze marakasy.  Zaczęłam podejrzewać, że to mogą nie być zajęcia dla nas, ale jak to mówią: do trzech razy sztuka. Dałam nam a raczej zajęciom ostatnią szansę. W końcu niektóre dzieci potrzebują więcej czasu na „rozruch”. Nie będę dłużej trzymać Was w niepewności i zdradzę od razu, że trzecie i ostatnie zajęcia także spędziliśmy przy słomiance. Przełknęłam tę gorzką pigułkę i zwinęliśmy się z rozwijającej muzyki.  Swoją drogą za jakiś czas okazało się, że Dominik uwielbia muzykę i ma poczucie rytmu, po prostu celuje w inne gatunki, o wiele bardziej… rozrywkowe😉

Kilka miesięcy i kilka prób w teatrzyku przedszkolnym później zrozumieliśmy, że najprostsze rozwiązania bywają najlepsze. Dominik, jako dziecko ponadprzeciętnie ruchliwe, kocha sport i tę miłość od razu dało się zauważyć. W tej chwili sport to   jedyne, czym zajmuje się po przedszkolu (piłka nożna i judo). Kiedy obserwuję go podczas treningu i widzę, jak świetnie się bawi, jak mocno angażuje się w zajęcia, jestem dumna i szczęśliwa. Zazwyczaj cierpliwie tłumaczę tym, którzy uważają, że są bardziej „wartościowe i przyszłościowe” dziedziny, dlaczego nie zamierzamy nakłaniać Syna do zmiany zainteresowań ani dokładać mu kolejnych punktów do planu, i tak długiego jak dla przedszkolaka, dnia. W przyszłości – niewykluczone, ale jeszcze nie teraz.

 

KOMPLEKSY

 

 

Mam nieodparte wrażenie, ze spora część tych starań, żeby dziecko było doskonale wyedukowane, lepsze od innych wynika z nieprzepracowanych problemów rodziców. Twierdzą, że ich Staś czy Milenka musi spróbować wszystkiego, skoro sami nie mogli uczyć się gry na skrzypcach, bo w domu się nie przelewało. Nieważne, że ich pociecha wcale nie ma ochoty albo siły, żeby „próbować wszystkiego”, bo tak naprawdę chodzi o zupełnie inne dziecko – to wewnątrz nich samych, które ciągle nie może odżałować niespełnionych marzeń i czuje się gorsze od rówieśników. Kompleksy, poczucie, że jest się niewystarczająco dobrym, wykształconym, zaradnym, dobrze urodzonym – dziecko ma być antidotum na te wszystkie braki. Widać to jak na dłoni podczas spotkań towarzyskich, zgrupowań przy piaskownicach, zebrań w przedszkolach – rodzice (z przykrością muszę stwierdzić, że głównie matki) licytują się na osiągnięcia i umiejętności dzieci.

Mam sąsiada, który tak zorganizował dzień swojemu ośmiolatkowi, że ten wychodzi z domu o 7.30 rano i wraca po maratonie (szkoła,  świetlica i zajęcia dodatkowe) ok. 20.00. Codziennie. Kiedy spotykamy się wszyscy razem, jedyną osobą, która opowiada z wypiekami na twarzy o basenie, angielskim, szachach, piłce i kółku matematycznym jest on sam. Mały nigdy nawet nie wspomniał, że lubi któreś z tych zajęć. Sądzę, że to nie wymaga komentarza. Tylko kto przyzna wprost, nawet przed samym sobą, że realizacja „projektu dziecko” misternie rozpisanego bez udziału głównego zainteresowanego,  poprawia mu samoocenę?

 

Bez względu na przyczynę, konsekwencje takiego postępowania rodziców mogą być opłakane a prawie nigdy nie są dobre. Wydaje mi się, że współczesnym rodzicom mylą się pojęcia.

 

To, że mały człowiek wie coraz więcej, nie jest jednoznaczne z tym, że dobrze się rozwija.

 

Rozwój kilkulatka przebiega jednocześnie na kilku płaszczyznach – dziecko ma ciało, umysł, emocje.  Nawet jeżeli ktoś nie dowierza mojej czy też własnej rodzicielskiej intuicji, to jako niedoszła nauczycielka, która miała co nieco do czynienia z pedagogiką, spieszę z wyjaśnieniami: kilkulatek najwięcej uczy się w trakcie swobodnej zabawy, dzięki niej także najlepiej się rozwija w szerokim znaczeniu tego słowa. Zapełniony kalendarz dziecka upewnia rodziców w tym, że świetnie wywiązują się ze swoich obowiązków. Zapominają jednak o tym, że maluch potrzebuje czasu z mamą, tatą oraz rówieśnikami do prawidłowego rozwoju bardziej niż ceramiki czy gry na skrzypcach a już na pewno bardziej niż ceramiki, gry na skrzypcach, karate, szachów i mandaryńskiego razem wziętych. Takie kombo powoduje u niego co najwyżej zmęczenie. Możemy więc odnieść odwrotny od oczekiwanego skutek – przemęczone dziecko słabiej się rozwija, gorzej przyswaja wiedzę, jest zestresowane i podatne na dolegliwości psychosomatyczne.

Oczywiście, że są dzieci które potrzebują takiej ciągłej stymulacji. Uwielbiają być „bombardowane” nowościami, wiedzą, czują się na każdych zajęciach, jak ryba w wodzie. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że to marginalna grupa. Znakomita większość kilkulatków potrzebuje po prostu mnóstwo ruchu i zabawy z rówieśnikami, dlatego moim zdaniem przedszkola powinny pełnić głównie funkcje opiekuńczą i socjalizacyjną (tylko gdzie dzisiaj znaleźć taką placówkę? 😉 ). Po przedszkolu potrzebują przytulenia, spaceru i rozmowy z rodzicami, zabawy z rodzeństwem i… czasami trochę nudy. Dzieci powinny odkrywać świat po swojemu, muszą odczuwać także nudę, żeby wyzwolić naturalną dla nich kreatywność. Trzeba pozwolić im rozwijać się we własnym tempie. My mamy je tylko wspierać.

Czasami bywa tak, że to same dzieci domagają się zajęć dodatkowych. U nas też tak jest. Gdy tylko kolega wspomni, że chodzi na nowe zajęcia, Dominik chce, żeby też go na takie zapisać. Uważamy jednak, że to my, rodzice, możemy pokazać mu, że warto czasem powiedzieć „stop”. To wspaniale rozwijać zainteresowania, talenty i właśnie dlatego chodzi na zajęcia sportowe, ale poza „byciem zajętym” trzeba też mieć czas dla siebie, dla kolegów, dla rodziny.

 

To do nas należy pokazanie mu, że w życiu bardzo ważna jest równowaga i że wcale nie musi chodzić na chiński czy szachy tylko dlatego, że inni to robią. Warto, żeby inwestował swój czas w to, co lubi najbardziej.

 

Moim priorytetem jest dbałość o rozwój emocjonalny moich dzieci. Może ktoś nazwie mnie ignorantką, ale mówię to z pełną świadomością: jest on dużo ważniejszy niż szkolne (przedszkolne?!) osiągnięcia, które i tak nie gwarantują „sukcesu” w dorosłym życiu. Jestem mamą wrażliwca, dlatego podwójnie zależy mi na tym, aby zbudować w nim pewność siebie, odporność na stres i  na presję szkolnych osiągnięć, z którą zetknie się na pewno, skoro już w przedszkolu niektórzy z jego kolegów są „przyuczani” do wyścigu szczurów.

Naprawdę nie musisz licytować się z innymi rodzicami, czyje dziecko jest zdolniejsze, ile Twoje już potrafi i co robi lepiej. Dziecko słucha i zapamiętuje. Zapewniam Cię, że intuicyjnie odróżnia, kiedy jesteś z niego bezwarunkowo dumna a kiedy przesadzasz, popisując się jego osiągnięciami. Nie róbmy rywalizacji z innymi najważniejszego elementu życia rodzinnego. Uwolnijmy siebie samych i nasze dzieci od presji. Nie musisz konkurować z innymi rodzicami o laur „najlepszego managera kariery”. Warto natomiast powalczyć o medale dla najfajniejszego rodzica. Zacznij od siebie – uporaj się z demonami z przeszłości, z tym, że byłaś dla kogoś „niewystarczająco zdolna”. Zaakceptuj i polub siebie a zaakceptujesz i polubisz swoje dziecko. Takim, jakim naprawdę jest.

 

 

Jeżeli lubisz, udostępnij

One Comment

  • D.

    Kasiu jak zwykle trafiasz w punkt 🙂 to nie my mamy decydowac o pasjach i zainteresowaniach naszych dzieci, ale one same powinny rozwijac sie w kierunku jaki podpowiada im intuicja. Byl czas, kiedy zaczelam myslec: Co ze mnie za matka… Ani na basen, ani karate, a pilka to w ogole… A przeciez wszyscy zapisuja dzieciaki na zajecia dodatkowe. W ostatecznosci jednak postanowilam zdac sie na Mlodego i nie zmuszac go. Doszlam do.wniosku, ze wystarcza mu zajecia dodatkowe, ktore ma w szkole obowiazkowe a po szkole ma czas na to, czym my tez sie zajmowalismy w jego wieku, czyli spotkania z przyjaciolmi 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *