Przyjemne i pożyteczne

Przyjemne i pożyteczne #2/2018

Dzisiaj pierwsze blogowe podsumowanie miesiąca. W cyklu będę prezentować inspirujących mnie ludzi, ważne wydarzenia, ułatwiające życie i uprzyjemniające codzienność rzeczy. Chcę utrwalać w słowach i zdjęciach to, co dobre. Zapraszam.

 

COŚ DLA MNIE

Blog, mój blog. Wiem, że  zaczynanie od siebie zakrawa na egoizm, egocentryzm i ogólnie – ego, ale co ja poradzę, że już teraz, po miesiącu, uważam, że założenie bloga było dobrą decyzją. W momencie, w którym zamieściłam na stronie pierwszy wpis wiedziałam, że to jest to i choćby nikt tu nigdy nie zajrzał i tak chcę pisać.  Cieszę się, że znalazłam w sobie odwagę i zrobiłam to, chociaż cała dygotałam w środku, niczym król Julian 😉 Cieszę się z każdego kolejnego Czytelnika  – świadomość, że to co robię, nie służy tylko i wyłącznie autoterapii, jest pokrzepiająca.

Być może czytasz blog, ale jeszcze nie polubiłaś strony na Facebooku. Teraz jest właściwy moment, aby naprawić to niedopatrzenie😉 Jeżeli nie obchodzi Cię kruche ego początkującej blogerki, to przynajmniej będziesz na bieżąco z nowymi wpisami 😉

 

 

COŚ DLA NAS

Początek lutego to wizyta moich Rodziców. Jako że sumienie nie pozwalało nam ingerować w to, jak dziadkowie budują więź z wnuczętami, zmyliśmy się z domu. Burgerownie i pizzerie nie nadążały z wydawaniem zamówień, kiedy pojawialiśmy się na miejscu😉 Ot, taki mamy niewyrafinowany gust – lubimy razem spędzać czas, jedząc i rozmawiając. Żeby móc nazwać to randką, założyłam sukienkę! 😉  Było spokojnie, leniwie i bardzo miło.

 

 

 

COŚ DO OGLĄDANIA

W przerwie pomiędzy obiadem a późną kolacją, wylądowaliśmy w kinie na Wszystkich pieniądzach świata Ridley’a Scotta. Jeżeli ktoś ma ochotę na kino sensacyjne w klasycznym wydaniu, bez zbędnych dodatków, rozpraszaczy, amerykańskiej maniery grania „za bardzo”, żeby pokazać emocje wprost – polecam. Co prawda Williams, której nie można odmówić talentu, jakoś nie do końca przekonała mnie w roli matki porwanego nastolatka i nie mogę odżałować, że to jednak nie Kevin Spacey zagrał samotnego i zakompleksionego najbogatszego człowieka  swiata (wiem, jestem niepoprawna politycznie, ale i tak go lubię😉 ), ale nie zmienia to faktu, że,  moim zdaniem, to dobry film. Nie do końca o pieniądzach a na pewno nie tylko. Nie chcę zdradzać zbyt wiele ani, broń Boże, spoilerować, ale muszę wspomnieć, że rozczulił mnie wątek relacji jednego z przestępców z porwanym chłopakiem.  Może nawet nie relacji a jednostronnej sympatii i opiekuńczych instynktów, które młody Getty budzi w porywaczu. Coś w rodzaju odwróconego syndromu sztokholmskiego a jak może pamiętacie, to zjawisko mnie dotyczy i fascynuje 😊 (KLIK).

 

 

Jeżeli jesteśmy przy  filmach to nie mogę nie wspomnieć o moim  osobistym odkryciu ostatniego miesiąca , czyli NETFLIXIE. Jak pisałam na Facebooku, wiem,  że wiele z Was już od dawna korzysta z jego dobrodziejstw, ale ja i tak nie kryję radości z faktu, że nagle mam na kliknięcie wszystkie sezony moich ulubionych seriali i wielu tych, które chciałam obejrzeć, ale jakoś się nie składało. Nie chodzi nawet o sam fakt oglądania telewizji. Wspólne przebywanie w serialowym raju to jeden z naszych rytuałów 😉 Cieszę się na wieczory z Nim, z winem albo zieloną herbatą i z naszymi ulubionymi bohaterami.

 

COŚ DO JEDZENIA

W ostatnich tygodniach nasze podniebienia podbiła owsianka.  Jemy wszyscy – od najmłodszych do najstarszych – co dziwi, ponieważ mojemu Mężowi zdarzało się w przeszłości powiedzieć, że  nie zje czegoś, bo „wygląda na zbyt zdrowe” 😉 Przyrządzamy owsiankę na różne sposoby dość często, ale najbardziej przypadła nam do gustu śliwkowa na mleku kokosowym, z cynamonem –  pojawia się jako śniadanie na naszym stole obowiązkowo w weekendy. Zwłaszcza, kiedy sobota zaczyna się o wiele za wcześnie, tzn. na przykład o 5.50, słodki i delikatny zapach tej owsianki sprawia, że czuję się trochę mniej, jakby ktoś zdarł ze mnie kołdrę i oblał kubłem zimnej wody a trochę bardziej, jakby zaniósł mnie z sypialni do salonu otuloną ciepłym kocem 😉

 

 

Drugim daniem, którym zajadamy się ostatnio z upodobaniem, jest makaron cukinią i wędzonym łososiem inspirowany przepisem ze strony Basi Szmydt (KLIK). Jako że rzadko przygotowujemy w domu mięsne potrawy, zmodyfikowałam nieco recepturę – pomijam etap smażenia kurczaka i kiedy bezmięsny sos jest już gotowy (dosłownie w kilka minut!) dodaję do niego kawałki wędzonego łososia i po prostu mieszam. Według mnie – niebo w gębie!  Jestem przekonana, że wersja oryginalna jest równie smaczna, jeżeli wolicie makaron z mięsem.

 

COŚ DO CZYTANIA

W styczniu i lutym sięgnęłam po dłuższej przerwie po moje ulubione czasopisma psychologiczne  i rozwojowe. Przypomniałam sobie, jaką frajdę daje mi zgłębianie mechanizmów, które rządzą naszą psychiką na co dzień. Abstrahując od tematyki magazynów, ogromną przyjemnością jest po prostu usiąść na kanapie i poczytać gazetę, popijając kawę.

 

 

 

COŚ DLA URODY

Jeżeli tak jak ja rano macie mocno opuchnięte powieki i nie tylko, i nie możecie się obudzić, to polecam naprawdę łatwy sposób na to, żeby było chociaż trochę lepiej… Zamroziłam zaparzony rumianek w pojemniku na kostki lodu. Kiedy poranek jest ciężki, wyjmuję jedna taką rumiankową kostkę i przez chwilę delikatnie masuję nią twarz, zwłaszcza okolice pod oczami. Od razu mówię , że dla mnie nie jest to przyjemne, tak samo jak np. mycie twarzy zimną wodą, ale działa. Kurczę, to działa! Po takim masażu budzę się i mam mniej opuchnięte powieki (co jest dla mnie kluczowe – to coś z czym zazwyczaj nie mogę się uporać) a pory zamykają się. Taką kostkę ratunkową możecie przygotować na różne sposoby – mrożąc inne zaparzone zioła (np. lipa ma właściwości nawilżające i pielęgnuje cerę naczynkową), wodę z cytryną, która nieco rozjaśnia skórę lub po prostu samą wodę – to też zadziała na opuchliznę.

 

Co dobrego przyniósł Wam luty?

Jeżeli lubisz, udostępnij

4 komentarze

  • Justyna

    A ja odezwałam się do koleżanki z liceum, do której nie odzywałam się chyba z 6 lat (!). Nie to że się nie lubiłyśmy czy coś, po prostu kontakt znikł. I to że mogłyśmy się wymienić doświadczeniami jakie zmiany u nas się wydarzyły, dało mi wiele radości. O tak, radości! Aż poczułam w nozdrzach ten wilgotny zapach starych licealnych murów, co też mi dało radość 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *